sobota, 23 lutego 2019

Zużycia stycznia i lutego 2019: Madara, Desert Essence, L'Ocitane


Madara purifying foam - pianka do mycia i usuwania makijażu. Madara to litewska marka kosmetyków naturalnych. Pianka jest naturalna natomiast mam sporo jej do zarzucenia jeżeli chodzi o jej właściwości myjące, jest zbyt delikatna aby usuwać makijaż, wbrew płomiennym obietnicom producenta. Używałam jej rano do przemycia twarzy po nocy ale wieczornemu czyszczeniu nie dała rady.

Desert Essence bulgarian lavender hand and body lotion - mleczko do ciała a zapachu lawendy i z ekstraktem ( między innymi) lawendowym. Desert Essence to znana mi i lubiana amerykańska marka sprzedające fajne pod względem składów i działania kosmetyki naturalne, do tej pory kupowałam jej szampony i odzywki do włosów, teraz zdecydowałam się również na balsam do ciała i jestem z niego bardzo zadowolona. Zapach lawendy faktycznie jest, w odpowiedniej dla mnie intensywności, jeżeli ktoś gustuje w tym zapachu to się nie zawiedzie. Tuba duża i wygodna, konsystencja kosmetyku w sam raz to tego typu opakowania, nie za rzadka nie nie maślana więc nie trzeba się w tubą siłować ani zbierać rozlanego mleczka. Działanie super, niezwykle szybko się wchłania jak na eko kosmetyk do ciała, nie jest zbyt tłuste ale jednocześnie odżywcze. Polecam, jeżeli będziecie mieć okazję do zakupu Desert Essence - warto wypróbować, tym bardziej, że ceny ich są bardzo umiarkowane.

L'Occitane foaming cleanser shea 5% - kremowa emulsja do oczyszczania twarzy. Och lubie ten kosmetyk bardzo, bardzo. Emulsja jest bardzo wydajna, bardzo gęsta, nabierałam na dłoń naprawdę niewielką ilość, łączyłam z wodą co tworzyło kremową piankę, którą oczyszczałam twarz. Tu, w przeciwieństwie do Madary, byłam bardzo zadowolona z efektu, emulsja była i delikatna i skuteczna a przy tym pięknie pachniała, jej używanie było bardzo przyjemne, skóra po jej zastosowaniu była bardzo miękka i jakby nawilżona. Niestety kosmetyki L'Occitane są dość drogie choć w tym przypadku nie miałam wrażenia zmarnowanych pieniędzy.


The body Shop - fijian water lotus body cream - krem do ciała jednej z moich ulubionych marek,  znanej raczej z maseł do ciała, tych o konkretnej, maślanej konsystencji, krem ten znacząco się od nich różnił, jak sama nazwa wskazuje - był to krem, który nie do końca polubił się z moją skórą. Nie, nie był zły ale chyba w okresie, kiedy po niego sięgałam potrzebowałam jednak mocniejszego i nawilżenia i natłuszczenia. Krem fijian water według mnie, nadaje się raczej dla mało wymagającej, nie przesuszonej skóry. Co do zapachu - bo to z nich przecież słyną te kosmetyki - delikatny, nienachalny, dość przyjemny.

Ava masło do ciała z serii carrot - zawiera olej ze słodkich migdałów, awokado, shea i wyciąg z marchewki - sprawdzało mi się o wiele lepiej niż poprzednik. Bardzo lubię te masełko i serdecznie polecam, nie jest łatwo dostępne więc jeżeli gdzieś się trafi bierzcie! Jest niedrogie ( ok 20 zł), ładnie pachnie, ma maślaną konsystencję ale wchłania się błyskawicznie - i to jest to co lubię, nie przepadam za kremami klejuchami napakowanymi olejami. Lubię lekką konsystencję i szybkie działanie.

Po raz kolejny: The body Shop camomile sumptuous cleansing butter - mój ulubiony balsam do rozpuszczania makijażu! Czemu go lubię? Niewielkie opakowanie bo tylko 90 ml ale taka wydajność, nabieram odrobinę - ziarnko fasolki - na dłonie, ocieplam, balsam traci stałą formułę i zaczyna się rozpływać, wtedy nakładam go szybko na twarz i zaczynam masaż, masuję i widzę jak makijaż się rozpuszcza, pozostałości usuwam np. mokrym ręczniczkiem Tami albo suchą chusteczkę. Potem oczywiście przystępuję do dalszego oczyszczania za pomocą emulsji/ żelu i wody. Widzę, że balsam wykonał dobrą robotę, szybko i przyjemnie pozwala pozbyć się tych wszystkich warstw makijażu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz