piątek, 18 marca 2016

Pędzle MAC - moja kolekcja/ limitowane serie czy warto je mieć?

Jestem szczęśliwą właścicielką kilku pędzli MAC, czy są one warte pieniędzy jakie na nie wydajemy? Od razu odpowiem na pytanie - oczywiście, że TAK. Pędzle firmy MAC, które posiadam są bardzo dobrej jakości, są trwałe, przemyślane, mają tak opracowane kształt, miękkość, giętkość, że pracuje się z nimi naprawdę profesjonalnie. Na podkreślenie zasługuje ich wyjątkowa jakość, mój najstarszy pędzel, sławny 217, kupiłam gdy we Wrocławiu otwarto CH Magnolia a w nim salon MAC - pędzel ten wiernie mi służy już tyle lat, jest najczęściej używanym a wciąż wygląda i pracuje idealnie.

Oto moje pędzle:

Zacznijmy od limitowanek. Poniższy zestaw pochodzi z kolekcji, która ukazała się w listopadzie, chyba to była kolekcja świąteczna, wybaczcie ale nie będę obciążać pamięci w sumie nieistotnymi szczegółami ;) Zestaw zawiera 5 pędzli na których trzonkach, dołączona jest kosmetyczka, która je mieści. Całość jest bardzo ładna, wesoła, mamy różne kolory błyszczących skuwek.

Od lewej:
221SE - to pędzel, którego nie polubiłam z początku, jest dość długi ( włosie ma dłuższe niż 217) i wiotki wobec czego marnie radzi sobie z rozcieraniem i wpracowywaniem koloru. Myślałam, że będzie pracował ciemnym cieniem w zewnętrznym kąciku oka, niestety nie radzi sobie. Na szczęście znalazłam dla niego inne zastosowanie - w załamaniu oka gdzie jego giętkość jest zaletą ponieważ oszczędnie dozuje kolor.

219SE - to typowa kuleczka i nie różni się od jego starszego brata 219 jeżeli chodzi o włosie. Kulka jak to kulka - stosuję ją do kącików, do dolnej powieki.


Środkowy pędzel to 239SE i jest to kolejna wersja języczkowego pędzla 239 - typowy język, najlepiej sprawdza się przy aplikacji cienia ale możemy go oczywiście użyć i do rozcierania.

Duży języczek czyli 133SE to smal cheek brush - na uwagę zasługuje jakość włosia, z którego jest wykonany, jest niezwykle miękkie. Myślałam, że będzie mi służył do nakładania różu, niestety akurat do tego się słabo nadaje, jest przede wszystkim za mały, za to sięgam po niego by przypudrować okolicę oczu albo aby musnąć twarz rozświetlaczem.


I perełka całego zestawu to 168SE - niezrównany pędzel do różu - czemu jest taki wspaniały? Kształt, rodzaj włosia powodują, że nakładanie różu jest dziecinnie proste, włosie nabiera dokładnie tyle produkty ile trzeba, dzięki owej miękkości stopniujemy efekt, wielkość i kształt pozwalają na precyzję. Pędzel nadaje się również do konturowania, do nakładania bronzera i właśnie w ten sposób mi służy gdy zabieram go na wyjazdy.

Z zestawu jestem bardzo zadowolona, pozwala on na wykonanie pełnego makijażu, przy czym nie zajmuje dużo miejsca, jest lekki, mam gwarancję jakości, wiem że posłuży mi w każdej okazji.


Załączona kosmetyczka zapinana na magnes mieści wszystkie pędzle, ja mam jednak pewne pretensje odnośnie jej miękkości, jest to materiał z naklejonym kolorowym szkiełkiem, w miękkim opakowaniu pędzle ulegają naciskowi innych elementów bagażu co naraża je na odkształcenie.

I jak z pierwszego zestawu jestem niezwykle zadowolona tak mam mocno mieszane uczucia odnoście drugiego jaki posiadam. Kupiłam go może dwa lata temu, może trzy? Również edycja świąteczna. Często wyjeżdżam w grudniu dlatego zakup tego typu wydawał się być dobrym posunięciem.

Mamy tu cztery pędzle lecz tylko z jednego używam i tylko jeden mi tak naprawdę służy.

Mowa tu oczywiście o znanym skunksie 187SE, Chyba cały zestaw kosztował tyle co pełnowymiarowa jego wersja co wyglądało na dobry deal. Pędzel ten jest bardzo znany, lubiany i zgarnia dobre opinie. Z jego pomocą można wykonać cały makijaż co zaprezentowano na mnie kiedyś w salonie. Podkład płynny, puder, bronzer, róż - radzi sobie ze wszystkimi. Bardzo dobry pędzel choć mnie nieco irytuje drobne, niezauważalne w sumie ale jednak, że tak powiem... strzyknie w rączce. Pędzel trzyma się na szczęście w całości ale mam wrażenie, że pewnego dnia niespodziewanie trzonek pęknie na pół.


Na tym zakończymy hymny pochwalne bo teraz mamy do czynienie z mega bublami, niewiadomoczym. Mowa tu oczywiście o pozostałych pędzlach z zestawu. Najbardziej wkurza mnie 159SE - jest tak twardy, tak sztywny, naprawdę nie wiem co mogłabym z jego pomocą aplikować, on dosłownie drapie // szoruje po twarzy podobnie jak jego kolega 287SE - oba to paskudne drapaki, nie cierpię ich więc leżą sobie nieużywane.



Czwarty pędzel uległ małej dewastacji, podejrzewam, że bez niej byłby przyzwoitym pędzlem do blendowania cieni. Niestety stracił nieco swój kształt a sprawcą tego jest kosmetyczka wchodząca w skład zestawu, sama w sobie dość ładna, porządnie wykonana, trwała ale... zapinana na suwak. To błąd, koszmarny błąd, ponieważ zamek błyskawiczny potrafi przyciąć włosie, tak jak to miało miejsce w przypadku.... Stracił przez to swój fason, rozczapierzył się .



U kosmetyczce tej umieszczam jedynie kredki, mascary itp. Mam nauczkę na przyszłość, szkoda tego pędzla, szkoda.


A to pozostałe pędzle firmy MAC jakie mam w posiadaniu.

Od góry to sława - 217 cień do blendowania, często myty zachowuje włosie w nienagannym kształcie
poniżej 219 i 239, o których mowa była powyżej.


 Kolejny fantastyczny pędzel do różu, ten pochodzi z zestawy Look in Box. Mam go od niedawna ale już zdążyłam obdarzyć wielkim, płomiennym uczuciem, nakłada róż perfekcyjnie, dokładnie jak tego chcę i potrzebuję.


I perfekcyjna kulka 109 do konturowania, no nie ma lepszego, jest precyzyjny, dobrze wciera bronzer, rozciera granice, sięgam po niego codziennie od kilku lat - cały czas wygląda jak nowy.




poniedziałek, 14 marca 2016

Kolorówkowe nowości: MAC, Irena Eris, Lily Lolo, Kobo, Lumene, Too Faced

Wiosna to jednak specyficzny okres, jedyny w roku gdy pozwalam sobie wraz z ogólnym, lansowanym trendem na coś nowego. Taka symbolika - gdy przyroda budzi się do życia my ruszamy na zakupy z pragnieniem czy raczej wizją sobie takiej wiosennie odnowionej. Oczywiście, że marketingowcy doskonale sobie zdają sprawę z tej naszej / mojej wiosennej słabości i kuszą nas nowymi, świeżymi kolekcjami. W tym roku mam silne postanowienie nie kupowania ciuchów bo szafa się nie domyka, oszczędnie podchodzę też do pielęgnacji, tym bardziej, że ostatnio zaszły w niej u mnie rewolucyjne zmiany ale pozwalam sobie za to na makiajaż, w którym króluje świeży kolor i daje mi sporo radości i właśnie owej upragnionej odmiany.

Najczęściej kupowanym przeze mnie kosmetykiem jest niewątpliwie tusz do rzęs.
Mam dwie nowiutkie mascary o dobrym, naturalnym składzie:

pierwsza to tusz Ireny Eris ProVoke long lashes mascara - sama jestem zaskoczona, że go kupiłam, stoisko IE w Rossmannie zwykle omijam ale razu pewnego rzuciła mi się w oczy promocja na ich tusze, przyjrzałam się więc opakowaniom, na szczęście był na nich wypisany skład, wybrałam tusz wydłużający. Powiem Wam, z pewnym zdziwieniem i pozytywnym rozczarowaniem, że tusz jest naprawdę super. Sprawuje się na moich oczach bardzo dzielnie, na razie nie mam podrażnienia, efekt mnie zadawala, rzęsy są ładnie podkreślone, dość mocno wydłużone.
Tusz ma dziwną szczoteczkę rozszerzającą się na początku co mnie nieco zdziwiło bo nigdy się z czymś takim nie spotkałam ale po kilku użyciach bardzo polubiłam takie rozwiązanie, naprawdę ułatwia dotarcie do zewnętrznych kącików oka.


Drugi tusz to mascara Lily Lolo - na razie grzecznie czeka na swoją kolej więc nie jestem na razie w stanie nic o niej powiedzieć


Kolejny zakup to rozświetlacz Kobo - dla mnie dotarcie do Drogerii Natura, sieci która sprzedaje kosmetyki Kobo to nie lada wyczyn od kiedy zlikwidowano salon we wrocławskiej Magnolii, inne sklepy są dla mnie wybitnie nie po drodze. W końcu wpadł w me ręce mój pierwszy ( i chyba nie ostatni kosmetyk z KOBO) - podoba mi się efekt, rozświetlacz jest ciepły, złocisty, letni, daje mi efekt jakiego nie jestem w stanie uzyskać moim ulubionym lecz zimnym Landescape z MACa ani już nieco zestarzałym Amber Gold Diora ( który faktycznie jest już wiekowy i zaczyna się kruszyć).  Zauważyłam po paru użyciach, że jego zawartość znika w tempie ekspresowym co z początku nieco mnie zirytowało ale ale po chwili powiedziałam sobie - spokojnie - co z tego, że zapowiada się mała wydajność, przynajmniej będzie szansa zużyć go do końca a nie wyrzucać bo kosmetyk ma już dobre kilka lat i uparcie jest go wciąż bardzo dużo w opakowaniu.



Nowe cienie - jak to zwykle na wiosnę rozglądałam się za nowym akcentem na powiekach, padło na cień MACa, miałam dwa wolne miejsca w jednej z paletek ( tak obecnie prezentują się moje obie duże paletki - jak widzicie cienie te są bardzo intensywnie użytkowane).

Cień paradisco - taki brzoskwiniowy, złocisty, taki wiosenny, wpadł mi w oko i dołączył do moich zbiorów, wybrałam również matowy jasny brąz cork i miniaturkę pigmentu o nazwie melon.


Na tym nie kończy się wiosenna przygoda z marką MAC, mam kilka fantastycznych nowości:


Pierwsza to biały puder wykończeniowy  prep+ prime w nowej, ślicznej puderniczce. Puder pochodzi z kolekcji ZAC POSEN i chyba zawartość nie różni się od klasycznej wersji ( której zużyłam już dwie sztuki), natomiast opakowanie jest oryginalne, matowy kwadrat puderniczki z dużym lusterkiem - ciekawa propozycja.


I teraz cudeńko - Look In A Box MAC, wersja sweet miss
I co tu mamy:
*dwa cienie: hearts-a-flutter (satin) - prześliczny jasny róż o średniej pigmentacji, jakiego wg mnie brakuje w regularnej kolekcji, oraz ginger rooted (veluxe pearl) - szarawy, połyskliwy, zimny brąz
*miniaturka różku fuji (satin) - prześliczny, uniwersalny róż, myślę, że będę go również używać jako cienia
*błyszczyk z serii lipglass love day pink - kolejny jasny, uniwersalny róż ( piękny!)
*pomadka retro matte o nazwie steady going - czarna owca w tej kolekcji - niestety na ustach daje tandetny, blacharski efekt, nie podoba mi się, choć nałożonym na nią błyszczykiem prezentuje się jako tako...
*kredka technakhol photogravure - brązowa wysuwana konturówka do powiek - intensywny brąz, nie podrażnia mi oczu!
*i na końcu mini pędzel do różu 116SE - świetnej jakości pędzel



zestaw jest śliczny, słodki, różowy, wiosna to zawsze u mnie powrót do tego typu odcieni ale co tam, przecież możemy je stosować przez cały rok.


Kolejny wiosenny akcent w moim makijażu to nowy róż - Clarins 02 soft peach
róż jest naprawdę rewelacyjny, używam go już jakiś czas, świetnie się w nim czuję, jest to jasny brzoskwiniowo różowy odcień, lekko połyskujący, nakłada się go bardzo łatwo, delikatnie, nie ma możliwości zrobienia plamy - jest niezwykle łatwy w obsłudze, szybko wtapia się w skórę, daje efekt świeżości i nadaje się chyba dla każdego. Schowany w złotek kasetce w czerwonym etui, ma dołączony mały pędzelek z włosia, którym od biedy można nałożyć kosmetyk jeżeli chcemy go poprawiać w ciągu dnia. Ja jestem oczarowana i bardzo zadowolona.


I spotkanie po latach z firmą Lumene - używałam jej dawno temu gdy byłam studentką i niewątpliwie była to moja ulubiona marka, używałam podkładu, pomadek, tuszu do rzęs. Zwróciłam na nią uwagę podczas promocji w Superpharm - kup jeden kosmetyk, drugi dostaniesz za grosz więc sięgnęłam po produkt, na który od dawna miałam chęć. Mowa tu o Eyeshadow Primer - baza pod cienie, skład ma dość prosty, miałam nadzieję, że nie uczuli, nie podrażni moich hiperwrażliwych i suchych oczu. Natomiast wybór kosmetyku za grosz padł na rozświelający i pielęgnujący korektor pod oczy Under Eye Concealer. Jeżeli szukacie krótkich i dobrych składów koniecznie przyjrzyjcie się tym kosmetykom!

Oba kosmetyki mają pojemność 5 ml  i zapakowane są w małe, plastikowe tubki, co dla mnie osobiście jest sporą zaletą, zdecydowanie wolę małe opakowania, jest to dla takiego wrażliwca jak ja bardziej higieniczne i kosmetyk starzeje się wolnie. Gdybym mogła to większość kosmetyków płynnych i kremowych kupowałabym w wersji mini.

I na koniec kolejne cudeńko - paletka czekoladowycyh cieni Too Faced Bon Bon

mam sporą słabość do cieni i już trzecią paletkę marki Too Faced i powiem Wam, że warto - jeżeli lubicie różnorodność w makijażu ( ja np. codziennie inaczej się maluję - uwielbiam te zmiany, eksperymenty, wyzwania), lubicie kolory, lubicie sam moment wykonywania makijażu - naprawdę warto kupić te paletki. Cienie są piękne, dobrej jakości, mają zestawienia kolorystyczne pozwalające na stworzenie naprawdę wielu różnych propozycji, powtarzalnych, niepowtarzalnych. Obok cieni MACa sięgam po nie najczęściej ( paletki Urban Decay poszły w odstawkę).  W tym roku ma pojawić się w sprzedaży kolejna paletka, tym razem brzoskwiniowa - z chęcią ją zakupię :)

środa, 2 marca 2016

Nowości do włosów: kosmetyki Joico, Kerastase i akcesoria

Zacznijmy od szczotek, używałam do tej pory głównie tangle teezerów - a mam ich trzy sztuki, jedna w sypialni, jedna w łazience, jedna w pracy, mam też wersję podróżną ale akurat po tę sięgam najrzadziej bo ma malusią powierzchnię czesania a ja włosów ma sporo i są one dość długie.
Wiecie co mnie najbardziej wkurza w tych szczotkach? Ano przy czesaniu wylatują mi z dłoni i lądują z impetem na podłodze lecz gdy ostatnio ( po raz kolejny) TT wyleciał mi z ręki i o zgrozo wylądował w otwartym sedesie pomyślałam, że czas na zmianę, stanowczo!

Zakupiłam ostatnio aż trzy nowe szczotki do włosów.


Pierwsza to Dtangler czyli TT ale z rączką i jak się wydaje na pierwszy rzut oka, z bardziej sztywnymi ząbkami - jak się domyślacie w wyborze kierowała mną chęć aby szczotka jednak trzymała się ręki i nie latała samoistnie po mieszkaniu, mam nadzieję, że rączka w Dtagler uniemożliwi jej tego typu eskapady ;) Wybrałam sobie kolorową wersję z okiem i ustami. Rozczesuje włosy, nie miałam z tym dzisiaj żadnego problemu.

Kolejna szczotka to wybór już innego kształtu a właściwie powrót do szczotkowych korzeni czyli Wet brush - pro Detangle professional - ma ładnie rozczesywać mokre włosy czego jej z całego serca życzę inaczej popadnie w mą niełaskę. Powiem Wam, że szczotka jak szczotka, ma szeroko rozstawione ząbki zakończone plastikowymi kuleczkami, kiedyś miałam mnóstwo podobnych.

Trzeci nabytek to szczotka do modelowania firmy Olivia Garden Nano Thermic contour o klepsydrowatym kształcie i przyznam, że to właśnie ona zrobiła na mnie najlepsze wrażenie z całej trójki. Wzięłam ją do ręki, leży fantastycznie, jest dobrze wyważona, ma stabilną rączkę pokrytą gumą. Wielkość wybrałam idealnie ( były różne średnice, mój model to NT-C32), pierwsze próby modelowania bardzo udane.


Nowe kosmetyki do włosów to zestaw Joico K PAX składający się z szamponu, rekonstruktora, hydratora, oraz specyfiku na końcówki. Wybrałam sobie taki zestaw w formie kuracji bowiem widziałam na innych, podobnych do moich włosach, bardzo pozytywne efekty. Zaczęłam go używać co trzecie mycie włosów. Najpierw myjemy włosy, potem nakładamy rekonstuktor, który wg mnie jest tępy i śmierdzi, trzymamy go 5 minut i zmywamy. Niech wam nie przyjdzie do głowy na tym skończyć ( jak ja za pierwszym razem) - marny będzie efekt ( sianko, szorstkie włosy), trzeba po nim nałożyć silikonowego nawilżacza, ponownie na 5 minut i zmywamy. Ja na prawie suche włosy nakładam dodatkowo serum zabezpieczające przez niszczeniem końcówek i łamaniu włosów, często również zabezpieczam końcówki silikonem czyli "olejkiem do włosów".

Mam w użyciu fantastyczny silikon z olejkiem od Kevina Murphiego ( pięknie, pięknie pachnie i zawiera olejek z moringi) ale niestety powoli się kończy, wybrałam serum Elixir Ultime Kerastase.


Ma sporą pojemność, co prawda cena jest dość wysoka ale jej stosunek właśnie do pojemności wydaje się być korzystny. Zawiera również naturalne olejki jak.... ja wolę i raczej wybieram preparaty tego typu składające się i z silikonu i z olejku ( w przeciwieństwie to tych wyłącznie silikonowych) - takie najlepiej się u mnie sprawdzają.

I nowość do stylizacji włosów. Nie znajdziecie u mnie wielu kosmetyków do układania włosów, nie jestem jakoś szczególnie uzdolniona jeżeli chodzi o układanie fryzur, wręcz przeciwnie i jak makijaż uwielbiam i przychodzi mi z niezwykłą łatwością tak układanie włosów to często droga przez mękę, nie jestem jakoś w stanie nauczyć się warkoczy, koczków, loczków itp.. Zwykle suszę włosy za pomocą grubej szczotki, czasem je prostuję, czasem używam termoloków. Bardzo ubolewam nad moim beztalenciem ;) Ale wracając do kosmetyków - wszelkie spraye i pianki do układania zwykle stoją u mnie i się kurzą po czym wyrzucam je bo nagle okazuje się, że są gruuubo przeterminowane ;)
ale mimo wszystko zdecydowałam się na spray Kerastase k spray a porter, który ma podkreślić skręt loków. Specyfik ten używała niedawno moja fryzjerka przy modelowaniu i efekt bardzo mi się spodobał, włosy nie były przeciążone i sianowate następnego dnia. Zobaczymy jak będzie się sprawował przy moich wyczynach ;)