sobota, 6 sierpnia 2016

Zużycia: Nacomi, Biotique, Kneipp, Lavera, June Jacobs, Soap&Glory, Garnier, Bioderma, Korres i in.

Witajcie po miesięcznej przerwie, przychodzę z zużyciami czerwca, wpisem, którego nie zdążyłam opublikować przed wyjazdem.

Trzy olejki:


Nacomi olejek do ciała odżywczy, malina, miał działać odżywiająco i ujędrniająco, jest to mieszanina olejków, niestety perfumowana, ale ogólnie działa dobrze - używana był do masażu ( przychodzi do mnie masażystka i podsuwam jej moje kosmetyki dzięki czemu mam i relaks i pielęgnacje w jednym), np. wieczornego i przyznam, że rano skóra była bardzo miękka i gładka. Fajna, plastikowa buteleczka, wygodny aplikator, przy który wydostaje się dokładnie taka ilość olejku jaką chcemy. Całkiem przyjazna cena i działanie sprawiły, że nabyłam kolejne opakowanie ale o innym zapachu.

Kneipp bio olejek do ciała - niestety ale na buteleczce nie wypisano składu :/ olejek jest dość fajny, również ładnie odżywia i wygładza podobnie jak Nacomi jednak ten zapakowany jest w szklaną buteleczkę z wąskim otworkiem, musimy mocno wstrząsać aby coś z niej wyleciało, dodatkowo nieporęczna zakrętka ( nieporęczna bo ciężko się nią posłużyć wytłuszczoną dłonią), cena chyba podobna ale wolę Nacomi.

Biotique - ajuwerdyjski olejek do włosów, właściwie mieszanina olejków, który uwielbiam i który u mnie naprawdę działa, gdy stosuję go regularnie moje włosy są miękkie, mocne i elastyczne. Bardzo polecam.

Do ciała:


Lavera body lotion rose garden - bardzo przyjazny kosmetyk, ładnie się wchłaniał, ładnie pachniał, wydajny, dobry skład, wygodna tubka, pewnie kiedyś wrócę, to kosmetyk który nie zawodzi ale też nie zachwyca.

June Jacobs spa collection cranberry body balm - tutaj skład nie był tak naturalny, choć marka chwali się, że nie dodaje parabenów, konserwantów itp. itd. i kosmetyk ten działał dobrze, rozprowadzał się przyjemnie na skórze, wchłaniał i nawilżał ale myślę, że owo działanie było nieadekwatne do jego wysokiej ( niepromocyjnej) ceny, nie zachwycił mnie niczym.

Sopa&Glory body scrub sugar crush, brązowy cukier ( także sól) , limetka, olejek migdałowy i macadamia - bardzo go lubiłam, nie jest to mocny zdzierak, raczej łagodniaczek ale ma tak intensywny i orzeźwiający zapach, jest tak wydajny, jego używanie jest tak przyjemne, uwielbiam Soap &Glory :)

Garnier mineral 5 protection - wersja fioletowa, bardzo zredukowałam używanie antyperspirantów na rzecz naturalnych dezodorantów, jest tak naprawdę niewiele sytuacji gdy potrzebuję takiej mega ochrony i nie-pocenia-się, jakieś ważne spotkania, długi dzień poza domem bez możliwości odświeżenia się w ciągu dnia - wtedy po niego sięgałam i sprawdzał się. Cały czas używam tego typu kosmetyków ale bardziej rozważnie niż kiedyś, częściej się zatrzymuje i zastanawiam czy ta chemia po którą dzisiaj sięgam jest mi naprawdę niezbędna? Coraz rzadziej odpowiedź brzmi zwykle nie.


Organique intense anti-ageing grape hand cream - krem dość typowy dla kosmetyków tej marki, zapach typowy i oczywisty, również konsystencja i działanie, owszem całkiem poprawne, zapach bardzo miły ale wolę kremy do rok Organique w buteleczkach z pompką - łatwiejsze w użyciu.

Evree maxrepaier regenerujące serum do stóp - z mocznikiem na drugim miejscu w składzie - fajny krem, naprawdę regeneruje, szybko się wchłania i również szybko wygładza szorstki naskórek, musiałam jednak po nim myć ręce ponieważ zostawiał nieprzyjemny, tępy film.


Bioderma Atoderm ultra nourishing shower cream - bardzo fajny, na pewno nie wysusza skóry, wręcz ją nawilża, średnio wydajny, tuba wygodna, kupiony w promocji w SP i przyznam, ze skusiłabym się na niego w kolejnej przy kolejnej tego typu okazji

Korres żel pod prysznic bazylia i limonka - przyjemny, dość delikatny i delikatnie pachnący żel, jednak ani jego skład ani działanie nie przemawiają za jego wysoką cenę ( tę buteleczkę kupiłam kiedyś w TK Maxx za kilkanaście zł ale w Sephorze każą sobie za nie płacić kilkadziesiąt - gruba przesada!)


Antipodes Hallelujah Lime & Patchouli Cleanser - wśród wszechstronnych zachwytów nad marką ja chyba się wyłamię - kosmetyki Antipodes nie zachwyciły mnie, przyznaję są dobre, naturalne ale u mnie cudów nie zdziałały. Prawdę mówiąc owo mleczko do demakijażu było moim ulubieńcem, łatwo i bezboleśnie usuwało makijaż, również oczu ale przyznać też trzeba, że owo działanie nie różniło się od innych, tańszych i równie naturalnych kosmetyków. Problem pojawił się, gdy produktu zostało o 1/5, pompka straciła wydajność i trzeba było żmudnie wytrząsać gęsty krem z szklanej butli.

Paula's Choice Clear ultra light daily mattifying fluid SPF30+ miniatura 15 ml - a ten kosmetyk mnie dla odmiany zachwycił. Każda posiadaczka cery tłustej marzy o dobrym filtrze, który jednocześnie nie zapycha, daje nawilżenie, daje długotrwałą ochronę, nie powoduje nadprodukcji sebum ( tylko raczej ją wycisza) - wszystko to znalazłam w tym fluidzie. Przetestowałam go w różnych sytuacjach - sprawdził się tak dobrze, że kupiłam pełnowymiarowe opakowanie. Polecam każdej posiadaczce podobnej do mojej cery, na stronie Paula's Choice można zamówić próbki, również miniatury i porządnie kosmetyk przetestować przed zakupem.

schmid'ts naturalny dezodorant lavender+sage - po raz kolejny pojawił się w moim kosmetycznym denku, fajny dezodorant, naturalny, w wersji mini, sprawdza się w podróży bo całość jest lekka i zajmuje mało miejsca, jednak ze względu na jego konsystencję, nie sprawdza się przekładanie produktu z większego opakowania.

Do włosów:


Biotique - bio watercress fresh nourishing conditioner - odżywka do włosów o konsystencji zielonej galaretki, ciężko ją rozprowadzić bo odpryskuje i kruszy się, dziwny kosmetyk, stosowany po umyciu włosów nie sprawdził się dlatego aby zużyć opakowanie dodawałam go do olejowania, krzywdy włosom nie zrobił ale czy jakoś pozytywnie na nie oddziaływał? Nie jestem pewna.

Biofficina Toscana balsamo concentrato attivo - bardzo fajna i wydajna odzywka do włosów, bardzo bogaty skład, super działanie - włosy po jej użyciu były miękkie i gładkie. Bardzo polubiłam i chętnie nabędę ponowne opakowanie.


Organix brazilian keratin smooth szamon i odżywka - miniatury po 88,7 ml - kupiłam na jeden z wyjazdów, przy okazji chciałam przetestować te kosmetyki bowiem wcześniej nie miałam do czynienia z marką. Powiem Wam, ze wg mnie to naprawdę nic specjalnego, myć mył, odżywiać odżywiał ale bez zachwytu, bez super efektów, wg mnie zbyt wysoka cena jak ta takie mierne działanie.

Perfumy:


DKNY Pure - to druga chyba buteleczka, a może nawet i trzecia? Jest to zapach bieli, czystości, kobiecego ciepła i łagodności. Nienachalny, dyskretny, codzienny, kojarzy mi się z praniem i bawełną i bardzo go lubię

Marc Jacobs Daisy eau so fresh - dla mnie to klasyk, jakoś nie polubiłam się z kolejnymi edycjami tego zapachu ale do pierwszej wersji wracam od kilku lat, uwielbiam kwiatową zakrętkę, choć jest bardzo niepraktyczna i zapach kojarzy mi się zawsze z latem, lekkością, świeżością, wakacyjnym spacerem. Przyznam, że w tym roku nie kupiłam kolejnej buteleczki tylko skończyłam ubiegłoroczną ponieważ urzekły mnie nowe, inne zapachy.

Calvin Klein Down Town - zapach dziwny, niejednoznaczny, co do którego mam bardzo mieszane odczucia, czasem uwielbiam czasem nienawidzę, czasem się upajam, czasem mnie dusi. Więcej nie kupię by uniknąć tego typu rozterek ;)

wtorek, 14 czerwca 2016

Minerały: Lily Lolo - moja kolekcja ( podkłady, korektory, puder, róże, pędzle) i moje o nich opinie.

Prawdziwą przygodę z minerałami zaczęłam właśnie od tej firmy - Lily Lolo i miało to miejsce nieco ponad rok temu.



Przybyło mi sporo produktów, z jednych jestem zadowolona, z innymi musiałam się zaprzyjaźnić, inne nie zdobyły mego serca.


Podkłady

Wybrałam puder Fawless silk na stronie dystrybutora i dołączyłam do niego darmowe próbki ( nie da się tam kupić samych próbek - jedynie dołączyć do zamówienia - teraz pojawiły się już mini produkty za 11 zł, wcześniej ich nie było) i zdecydowałam się na zakup podkładów, wybrałam odcień Popcorn oraz Warm Honey, oba są w tonacji ciepłej, Popcorn jest jaśniejszy, Warm Honey, do bardziej opalonej ciepłej karnacji, używałam podczas ubiegłorocznych wakacji.


Podkłady są dość mocno kryjące, co ciekawe, porównując je do innych, całkiem nieźle trzymają się twarzy podczas upałów. Lubię je bardzo, aplikuję je różnymi pędzlami np. Hakuro,
ale najlepiej spisuje się kabuki od Lily Lolo ( choć mam go od niedawna już skradł me serce).
Podkład jest grubiej zmielony niż np. Annabelle M, choć pyli się podobnie, po aplikacji toaletka pokryta jest pudrowym puszkiem.

Podkład mineralny najlepiej aplikuje się na suchą twarz, idealny jest krem na dzień, który wchłania się całkowicie. Aplikuję go albo wcierając albo ruchem posuwistym, czasem wklepuje gąbeczką na sucho.


Podkład utrwalam pudrem sypkim, trwałość u mnie to ok 4 godzin, potem zaczyna się warzyć w miejscach tłustych i muszę dokonać poprawek, zwykle wystarcza bibułka matująca i odrobina zwykłego pudru.
Nie wiem skąd opinie o niezwykłej wydajności tych produktów - u mnie kończą się błyskawicznie, może dlatego, że moja cera ma sporo do ukrycia i zwykle nakładam je w większej ilości? Przez rok zużyłam prawie dwa duże opakowania! I uwaga! Nie były to jedyne podkłady mineralne jakie stosowałam, szacuję, że jedno pudełeczko to maksymalnie 3 miesiące codziennego używania.

Najnowszym nabytkiem jest Warm Peach - jasny, żółtawy, nieco podobny do Popcornu ale jaśniejszy (Popcorn niestety mi się już skończył, widzicie puste opakowanie), ze smutkiem właśnie spostrzegłam, że i Warm Honey ma się ku końcowi, poproszę o kolejną promocję abym mogła je ponownie zakupić ;)
Warm Peach jest moim zamiennikiem odcienia Golden Fair od Annabelle Minerals.

Tu porównanie kolorów na ręce ale - nie sugerujcie się nimi przy wyborze, najlepiej zdobyć próbkę i zaaplikować na własną twarz.

Puder


Fawless silk to pierwszy kosmetyk Lily Lolo, z jakim się zetknęłam, kupiłam go by móc wypróbować podkład - taka dziwna polityka firmy, nie sprzedają osobno próbek tyko dołączają je do zamówienia. Kilka słów o próbkach - otrzymujemy odrobinkę proszku w woreczku strunowym, w przypadku podkładu ilość ta wystarcza na jedną aplikację więc do końca nie jesteśmy w stanie stwierdzić jak na dłuższą metę podkład będzie zachowywać się na twarzy.

Wracając do pudru - kupiłam go bo był bardzo w necie zachwalany, niestety pierwsze próby użycia to porażka na całej linii albowiem jest to puder rozświetlający, zawiera drobinki odbijające światło. Nie widziałam możliwości zastosowania go na mojej tłustej cerze. I puder poszedł w odstawkę aż do wiosny tego roku. Sięgnęłam po niego przez przypadek, niejako na próbę i pokochałam. Dziwne bo cera dalej się przetłuszcza ;) nic pod tym względem się nie zmieniło.
Czasem mieszam go z pudrem Ben Nye ( zwróćcie uwagę na kolor, nie jest tu puder biały, ani nawet beżowy, ma łososiową poświatę) i efekt mnie zadawala, makijaż jest utrwalony a twarz optycznie wygładzona, nakładam go ruchem stemplującym.
Od zapomnianego bubla do ulubieńca, tak wygląda kariera Fawless silk w mojej toaletce. Polecałabym go osobom posiadającym zmarszczki, ładnie optycznie wygładza i ujednolica, wygładza i ożywia.

Bronzer

South Beach - o nie nie nie głupoto potworna, która kazałaś mi kliknąć te pomarańczowe dziwadło bez uprzedniego wypróbowania.
Bubel kolorystyczny i porażka, nie można tego inaczej nazwać. Po pierwsze: robi mi na twarzy plamy, bardzo ciężko go delikatnie zaaplikować, za chiny nie chce współpracować z moimi pędzlami. Muszę dodać, że owe plamy są koloru pomarańczowego i odcinają się od twarzy. Wygląda to fatalnie a nie jestem bladą Ofelią, moja skóra ma wyraźne żółtawe tony a jednak nie lubi się z nim, co więcej, myślę, że również nie będzie odpowiedni dla większości z Was. Leży wiec zapomniane pudełeczko w czeluściach szuflad, nie bardzo wiem co z nim zrobić.


Niestety ale zdjęcie nie oddaje jego fatalnej kolorystyki, jeżeli macie na niego chrapkę - koniecznie wypróbujcie przed zakupem!

Korektory


Mam trzy odcienie: Nude ( to drugie opakowanie, pierwsze wystarczyło mi na rok) - neutralny, jasny beż, Peepo - żółty,  Caramel - faktycznie karmelowy beż.



Te odcienie mieszam w zależności od potrzeb, doskonale sprawdzają się u mnie na powiekach i w okolicach oczu, jak wszystkie proszki podkreślają zmarszczki mimiczne ale w odróżnieniu od innych korektorów ( np. Annabelle Minerals) nie wysuszają tych partii twarzy. Bardzo ważne dla mnie jest to, że nie podrażniają tych delikatnych okolic, jednocześnie wyrównują koloryt i kamuflują zasinienia. Często na korektor mineralny pod oczami nakładam dodatkowo korektor w płynie, i dla lepszego krycia ale i dla nawilżenia czy rozświetlenia. Nude jest najbardziej uniwersalnym odcieniem beżu, jest jednak dość jasny, ja potrzebuję odrobiny żółtego pigmentu więc dokupiłam Peepo, dosypuję go dosłownie odrobinkę do Nude i otrzymuje odcień dokładnie taki jaki w danej chwili potrzebuję. Caramel jest dość ciemny a ja raczej jasna, myślę, że gdy muśnie mnie słońce ( celowo oczywiście twarzy nie opalam) będę łączyć wszystkie, trzy odcienie, Caramel to faktycznie karmel, złoty beż, używam go czasem solo tylko na powieki ale pod oczy jest stanowczo za ciemny.

Róże


Mam dwa kolory, jeden to anioł, drugi diabeł:


OOh Lala uważam za bardzo trudny w aplikacji, wymaga czasu, dobrego pędzla i bardzo precyzyjnej ręki, skupienia - wybaczcie, kto ma na to czas? Naprawdę łatwo zrobić nim plamę, kolor też nie do końca mi odpowiada, przypomina mi policzki, które trawi gorączka. Kupiłam go razem z Fawless Silk ( jeszcze stare opakowania) i leży zapomniany. Chętnie bym się go pozbyła razem z pomarańczowym bronzerem, nie polecam zabieganym i początkującym.


Cherry Blossom to stosunkowo świeży nabytek - kupiony po dokładnej analizie zdjęć u innych blogerek i o dziwo, jestem całkiem zadowolona!, kolor całkiem przyjemny, różowa brzoskwinka, zawiera malutkie drobinki, i sięgam po niego coraz częściej, typowy letni, ożywiający cerę odcień. Aplikuje się bez zarzutu i w przeciwieństwie do Oh Lala nie robi plam i lubię efekt jaki daje na mojej twarzy

Podkłady i korektory Lily Lolo: bardzo lubię i często używam. Niekwestionowani ulubieńcy, kosmetyki, które mogę śmiało polecić. Z mineralnymi różami trzeba jednak uważać, nie wszystkie są łatwe w aplikacji.

Mascara:


Mascara, która ma rzeszę pozytywnych recenzji u mnie okazała się strasznym bublem. Jest gęsta, wyschnięta, jak się tym umalować? Kruszy się i poniewiera po całej twarzy. Powiedzcie mi czy to cecha tej mascary czy mój egzemplarz był felerny? Bardzo się na niej zawiodłam, patrząc na skład wydawało by się, że jest stworzona dla moich rzęs. Hmmm
Dodatkowo złości mnie fakt, że swędzą mnie oczy gdy mam ją na rzęsach...

Baza pod cienie:


Zawiera dwa odcienie, żółty i beżowy, jest bardzo tłusta, gęsta, musimy nakładać ją palcem, którego ciepło troszkę ją rozgrzewa i umożliwia aplikację. Niegdyś używałam jej często, potem odstawiłam ponieważ po jej nałożeniu swędzą mnie powieki. To naprawdę nic szczególnego, aplikacja jest bardzo niehigieniczna, produkt łapie włoski ( widać je na zdjęciu), które ciężko usunąć ponieważ wtapiają się w gęstą, woskową strukturę kosmetyku.

Niestety ale... mascara oraz baza pod cienie Lily Lolo nie nadają się do moich wrażliwych oczu.

Krem BB


Nie sądziłam,ze zakupię krem BB od Lily Lolo, czytałam recenzje - ważna informacja - krem nie kryje, nie przypomina azjatyckich kremo-podkładów. Czemu znalazł się zatem wśród moich kosmetyków?
Po prostu kupiłam próbkę ( zwykła ciekawość) i krem mnie oczarował. Owszem, nie kryje ale ładnie nawilża i wygładza a także zwiększa przyczepność suchego podkładu, zachowuje się jak baza pod podkład, mój odcień Light wpada w żółć, dopasowuje się do mojej karnacji, prawie go nie widać, optycznie wygładza jednak cerę.
Używam go od niedawna, może nie na co dzień ( w upały na przykład odpada), pewnie częściej będę go aplikować jesienią. Pozytywne rozczarowanie i całkiem przyjemny kosmetyk.

Pędzle

Mam dwa pędzle: kabuki i powder i jestem nimi oczarowana. Co rzuca się w oczy to staranność wykonania. Sztuczne włosie jest bardzo wiotkie, delikatne, długie. Dzięki czemu super kabuki nie zrobi nam plamy z proszku, nie jest w stanie! za to nakłada podkład szybko i sprawnie dzięki dużej powierzchni.


Pędzel do pudru ma długie włosie, które nabiera trudne a aplikacji pudry, pudry które mają tendencję do pylenia. Jest dość ciężki i masywny i raczej nie nadaje się do przewożenia.
Oba pędzle łatwo się czyszczą. Mam je od niedawna więc nie jestem w stanie potwierdzić ich jakości na dłuższą metę ale zrobiły na mnie bardzo ale to bardzo dobre wrażenie!

Oba zdjęcia pochodzą ze strony costasy.pl

Oba pędzle są fantastyczne!

Lily Lolo można kupić w wielu sklepach internetowych, jednak (niewielkie bo niewielkie) promocje zdarzają się jedynie na stronie polskiego dystrybutora. Do zamówienia można dołączyć próbki, spójrzcie mimo że wybrałam jedynie 3 ale sprzedawca obdarował mnie szczodrzej, z ciekawością sięgnę po nowe odcienie róży, zobaczymy czy Bondi Bronze jest równie fatalny co South Beach i jak matuje Flawless Matte.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Saryna Key: szampon i odżywka z serii Pure African Shea


Saryna Key to dość mało znana w Polsce marka kosmetyków do włosów, stacjonarnie kupicie się w Sephorze i on line w kilku sklepach. Marka szczyci się doborem naturalnych składników, ich produkty nie zawierają parabenów i siarczanów.

Ja wybrałam zestaw Pure African Shea: szampon i odżywka.
Co sądzę to tych kosmetykach? Mam mieszane odczucia...

 Pure African Shea Shampoo
Moi głównym zarzutem jest niestety fakt, że szampon nie myje dokładnie, ma trudności z olejem ale i z umyciem zwykłych, nawet nie stylizowanych włosów. Aby w końcu poczuć, że włosy są czyste musiałam je myć aż 3 razy!. Co oczywiście powoduje, że kosmetyk dosłownie idzie jak woda i sama czynność zajmuje o wiele więcej czasu. Pierwsze mycie - mam wrażenie, że szampon nie ma kontaktu z włosami, brudem, przy drugim zaczyna działać, trzecie - domywa. Choć miałam wrażenie czasami, że i te 3 mycia nie były wystarczające. Więc chyba zrozumiałe jest, ze nie jestem zadowolona z szampony Saryna Key. Kosztował niemało, co prawda ma dobry, delikatny skład, nie podrażnia, ładnie pachnie, w butelce z wygodną ( dużą!) pompką ale nie spełnia swojej podstawowej funkcji.

 Pure African Shea Conditioner
Odżywka również ładnie pachnie, ma wygodne opakowanie, dobrze rozprowadza się na włosach ale w moim przypadku trzeba ją trzymać na włosach naprawdę długo, min 10 minut ( najlepiej ok 20 minut). Próbowałam krócej, zresztą zgodnie z instrukcją na opakowaniu i.... nie widziałam żadnego efektu - zero, nic - otrzymałam jedynie sztywne, niezmiękczone włosostrąki. Używając tych produktów, musiałam zapomnieć o szybkim porannym myciu włosów, nie dość, że sama czynność mycia się przeciagała w nieskończoność, to wystąpiła konieczność odczekania tych 10 minut z z kosmetykiem na włosach

Jak wyglądały włosy po użyciu kompletu Saryna Key?
Zwykle bardzo ładnie, w oczy rzucała mi się gładkość, mam wrażenie że nabrały połysku, z rozczesywaniem było różnie - naprawdę byłam zadowolona z ich wyglądu ale niestety do czasu - miałam wrażenie, że kolejnego dnia zaczynają "łapać" nieświeży zapach. Nie zauważyłam niczego podobnego gdy stosowałam komplet od Living Proof ani Kevina Murphiego ( a swoją drogą - będąc niezadowolona z aktualnie używanych kosmetyków do włosów ponownie ponownie skusiłam się na zestaw Hydrate.Me od Kevina).

Podsumowując:
Używane przeze mnie kosmetyki Saryna Key okazały się być niewydajne i wymagające min. 20-30 minut mycia i aplikacji, mają świetne składy ale jak widać nie do końca odpowiadały moim włosom, które choć wyglądały pięknie, to jednak krótko, szybko stawały nie nieświeże i traciły wygląd.

piątek, 3 czerwca 2016

Zużycia: Alverde, Sylveco, TBS, Planeta Organica, Soap & Glory, Bioline, Clinique i inni.

Alverde masło do ciała vintage rose - dla suchej skóry i choć kosmetyk ten miał dość lekką konsystencję ( daleko mu co ciężkich i tłustych maseł) to dobrze nawilżał, zapach raczej nijaki, bez zachwtu.


The Body Shop - hemp hand protector - mimo bardzo gęstej formuły świetnie się wchłania, pięknie wygładza i odżywia skórę, bardzo dobry, byłam z niego bardzo zadowolona i chetnie kupie ponownie.

Krem do rąk Sylveco - przyzwoity, treściwy, nawilżający ale... nie wiem dlaczego ale go nie lubię i chyba nie kupię ponownie, ciężko mi określić moje odczucia, niby działał ale czegoś tu brakło.

Planeta Organica mango butter foot cream - za to ten krem lubiłam bardzo! Fajnie pachniał, o dość bogatej ale ładnie się wchłaniającej konsystencji. Używałam i do rąk i do stóp i byłam bardzo zadowolona, efekt lepszy niż Sylveco a i uzywanie przyjemniejsze.



Żel pod prysznic Sopa & Glory - clean girls - nie ukrywam, że jestem fanką tych przepięknie pachnących kosmetyków. Żel ten mył i nie podrażniał mnie mimo SLSów, ładnie i mocno pachniał, gdy miałam chęć na mały zapachowy odlot. Diabelnie wydajny, świetne, wygodne opakowanie z pompką.

Nature Moi balsam nawilżający pod prysznic - migdałowy, pachnący intensywnie migdałem co pewnie dla niektórych będzie przyjemnym doznaniem lecz niestety nie dal mnie, mnie drażnił i mdlił. ponadto o dziwo nieco mnie podrażnił ( zwykle kosmetyki naturalne tego nie czynią) i był bezwstydnie niewydajny więc nie zapałałam do niego miłością, wole puścić ten specyfik w mroki niepamięci.


BIOLINE - hydrolat z bławatka oraz neroli - fantastyczne hydrolaty! Skład to w 100% hydrolat z danego składnika bez dodatków, bez chemii. Zapakowane w smukłe szklane buteleczki z atomizerem ( sprzedawanie hydrolatu bez atomizera jak dla mnie to nieporozumienie), 75 ml ( starcza na ok 2 miesiące codziennego pryskania) to ok 27 zł, polska firma. Moi ulubieńcy, na pewno kupie ponownie ( w użyciu mam trzecią buteleczkę, z lawendą ). Bardzo polecam!

Korres quercerin & oak antiageing, antiwrinkle day cream - kolejny naturalny kosmetyk, który się u mnie nie sprawdził, polecany do normalnej lub mieszanej skóry - u mnie się nie wchłaniał, nawet na suchawych miejscach na policzkach. Zużyty do szyi i dekoltu jak większość niesprawdzających się na twarzy.


Clarins serum super lift pod oczy - o dziwno, jak moja skóra dobrze reaguje na Clarinsa to to serum było totalnym bublem, nie wchłaniał się, nie nawilżał, nic nie robił. Użyty do dekoltu i szyi.

Clinique smart custom-repair serum - 30 ml - lubiłam bardzo jako podkład pod makijaż, u mnie działał świetnie gdy gdzieś wychodziłam, zależało mi na trwałości makijażu, wg mnie to serum właśnie trwałość przedłużało, wchłania się zupełnie do suchości,, nawilża, napina, "przyczepia" podkład czy to sypki, mineralny czy fluid. Kupiłam kolejne opakowanie choć ostanio bardzo rzadko używam.

John masters organic - firming eye gel - już chyba dam sobie spokój z kosmetykami tej firmy, kolejny, który nie robi u mnie NIC a cena jest dość wysoka, nic a nic - nawet nie sprawdził się na szyi, żel się mazał ,nie wchłaniał na żadnej partii mego ciała - bubel i tyle.

Biotherm blue therapy eye - nie nie i jeszcze raz nie, przyznam, że co jakiś czas daję się skusić marce Biotherm bo sprzedają zestawy fajnych miniatur, dobrych na krótkie wyjazdy, ostatni zestaw okazał się niewypałem, dwa sera do bani, krem pod oczy do niczego i krem na noc który wcieram w piety. Dziękuję, muszę się w końcu uodpornić i więcej nie sięgać po te kosmetyki.

Living Nature olej z drzewa manuka - który wciąż przewija się na moim blogu, uzywam go jako środek na pryszcze, odstawiłam wszelkie maście od dermatologów, więcej szkód przyniosły niż pozytku, olejek manuka przynajmniej jest naturalny, poza tym ma wielorakie zastosowanie, ja np. smaruję nim miejsca po ukaszeniu owadów, dezynfekuje a ranka szybciej się goi.



La Roche Posay Effaclar MAT - dość dobrze nawilża i nie powoduje nadprodukcji sebum, dla tłustych skór, bywa, że przesusza. Dla mnie to przeszłość bo znalazłam swego dziennego świętego grala jeżeli chodzi o pielęgnację dzienną.

Avene - cicalfate  crem - polecany dla podrażnionej skóry i faktycznie łagodzi wszelkie stany podrażnienia, swędzenie, suche placki, używany u mnie właśnie w tym celu, kupiłam równolegle jego lżejszą wersję ( ta jest naprawdę treściwa) i też była ok, ale oddałam ją koleżance, która podobnie jak ja miała problemy z cerą.

Nuxe Creme Prodigieuse - na pewno ładnie pachnący i całkiem nieźle nawilżający. Miniaturka zużyta ale po pełnowymiarowe opakowanie nie sięgnę.

Biotherm Blue Therapy serum z olejkiem - owszem oleistą miał konsystencję, działanie do kitu, nie robił nic.

M.A.C studio moisture cream -to jest naprawdę dobry i wydajny nawilżacz ale raczej dla skóry normalnej, może nawet suchej, u mnie był zbyt ciężki ale doceniałam jego działanie w porze zimowej, 30 ml w sam raz by zużyć w dwa miesiące.

Podsumowując: Bioline - świetne hydrolaty ( i w ładnych butelkach!), Sopa &Glory urzeka mnie zapachem, polubiłam też krem Planeta Organica.

wtorek, 17 maja 2016

Zużycia: Pat&Rub, Oversa, evree, Delawell, Dove, MaterNatura, schmidt's, Pose, L'Occitane

Pat&Rub bogate masło do ciała oraz krem do stóp z serii home spa - przyznam, ze kosmetyki P&R stanowczo mi się "przejadły". Była to jedna z pierwszych polskich naturalnych marek i jako jedna z pierwszych podyktowała naprawdę spore ceny. Aktualnie uważam, że to jak ceni się marka nie musi być adekwatne do wartości kosmetyku. Ja uważam, że te ceny, nawet promocyjne, są mocno przesadzone, jednym słowem - nie warto. Seria home spa, nooo nie zachwyca, ani oklepanym zapachem ani działaniem. I masło i krem były poprawne, takie sobie, miały problemy z wchłanianiem. O ile pozostałe balsamy P&R bardzo lubię bo świetnie mi się w stopy wchłaniają tak ten mnie szczególnie zirytował bo za Chiny ludowe nie chciał wsiąkać w skórę. Nie kupie więcej, raczej nie sięgnę już po markę bo na rynku mamy inne, ciekawsze i lepsze i tańsze i przyjemniejsze w użyciu.


Pat&Rub otulający cuddling balsam do stóp - nie wiem co się stało ale i ten balsam nie chciał współpracować z moimi stopami. Jego głównym zarzutem są trudności w wchłanianiu co w przypadku stóp jest dość irytujące. Nie lubię zostawiać śladów tłustych stópek ;) Zapach ok, wydajność ok, działanie takie sobie.


Oversa professional - acetonowy zmywacz do paznokci zawierający olejek, do kupienia w Hebe - naprawdę nie śmierdzi co jest jego wielkim atutem, mało czego tak nie lubię jak zapachu zmywaczy. Ten da się znieść, ponadto jest całkiem skuteczny i ma wygodną pompkę. Polubiłam go i kupiłam drugą buteleczkę.

Evree Essential Oils - mieszanina olejków to twarzy, u mnie się nie sprawdziła, do mojej cery były zbyt tłuste, bardzo wzmagały produkcję sebum, używałam je więc do szyi, dekoltu, piersi. Był ok, raczej nie wrócę ponieważ mam zakaz używania czystych olejów do twarzy.

Evree Magic Rose - ten olejek bardziej mi pasował, całkiem dobrze się wchłaniał i ładnie pachniał Na polecenie mojej pani kosmetolog odstawiłam wszelkie olejki, maski, pilingi, zużyłam więc go na inne partie ciała, podobnie jak Essential Olis.

Delawell avocado oil - tę buteleczkę znalazłam w którymś z boxów - użyta tak jak dwa poprzednie, głównie do dekoltu, na którym mam bliznę. Przyznać to muszę, że staje się ona coraz mniej widoczna - może to zasługa tych olejków?


Antyperspirant Dove - jeden z ulubionych, ja wiecie, antyperspirantów używam jak najrzadziej, jeżeli jest prawdziwa konieczność. Nie widzę różnicy w działaniu między Dove, Garnier czy np. Nivea - jak dla mnie są takie same, różnią się opakowaniem czy zapachem, nie jestem wierna marce ( np. teraz kupiłam Nivea) i kupuje to co akurat jest najtańsze, w promocji.

Roberts acqua distillata alle rose - jednym słowem woda różana, którą kiedyś zakupiłam we Włoszech, przelałam odrobinę do innej buteleczki z atomizerem i spryskałam twarz - ze zdziwieniem poczułam jak pali mnie skóra  ;) i wtedy dopiero zerknęłam na skład - o głupoto - a tam oprócz wody różanej cały zestaw chemii ;) no cóż butla wielka, zużyłam ją do włosów. Moje włosy najbardziej lubią olejowanie na mokro więc najpierw spryskuję je tą wodą a następnie wmasowuję olej. Nie pamiętam już jak długo ta woda była ze mną, mam wrażenie, że wieczność. Oczywiście, że więcej tego nie kupię, ja chciałam po prostu wodę różaną a ta ma 15 składników (!). Czytać składy potworze, czytać!

MaterNatura acqua di lavanda - również włoska i tym razem to prawdziwa woda kwiatowa, 100%, używałam ją w formie toniku, fantastyczna sprawa, uwielbiałam tę wodę, buteleczka jest plastikowa, z atomizerem, nie jest ciężka i nadaje się do wyjazdów. Bardzo polecam.


L'Occitane migdałowy olejek po prysznic, bardzo znany, bardzo drogi, pięknie pachnący, niemal uzależniający. Kąpiel w jego towarzystwie to prawdziwa przyjemność, szkoda że tak dużo kosztuje.

Pose  texturing face cream - organiczny krem z jednego z pudełek, bardzo dobry, bogaty skład jednak nie chciał się wchłaniać na mojej twarzy - użyty do szyi i dekoltu i w tej roli sprawdził się znakomicie.

Schmidt's bergamot + lime, pisałam o nim tutaj, naturalny dezodorant oparty na sodzie oczyszczonej i naturalnych składnikach, bardzo go lubiła, był naprawdę wydajny, skuteczny, przyjazny, kupiłam kolejne opakowanie w innej wersji zapachowej kupiłam też wersję w sztyfcie. Bardzo lubię i polecam.

L'Occitane precious eye balm - czyli drogocenny balsam pod oczy, jeden z moich ulubionych,to chyba trzecie opakowanie (?) jest bardzo lekkie i ładnie nawilża, u mnie się sprawdza w porach letnich, szkoda, że opakowanie takie nieporęczne i niehigieniczne, uważam, że kosmetyk w takiej konsystencji powinien być w tubce lub w buteleczce z pompką, nie rozumiem też dlaczego słoiczek ten zwęża się przy zakrętce- przecież utrudnia to wydobywanie produktu. Na razie nie kupuję kolejnego.

Podsumowując / warte uwagi: Oversa - fajny zmywacz nieśmierdzący, MaterNatura - naturalna woda do twarzy, dobry skład i działanie, warto przyjrzeć się całej marce, olejek migdałowy pod prysznic - pachnące, drogie cudo i naturalny dezodorant schmidt's.

środa, 4 maja 2016

Zużycia: SYlveco, SKIN79, Ziaja, John Frieda, bioIQ, Nuxe, Clarins, Vlarena, La Roche Posay

Zrezygnowałam już z podziału pustych opakowań na kategorie, miałam w domu zbyt dużo wszędzie wciskanych pustych opakować, które zagracały mi przestrzeń. Będę pisać systematycznie porządkując sobie w głowie moją opinię o zużytych kosmetykach:


Sylveco lipowy płyn micelarny 200 ml- kosmetyk, o którym mogę powiedzieć, że nie jest zły, skład ma dobry, myć mył - do demakijażu oczy potrzebowałam 4 wacików, nie podrażniał aczkolwiek zadziwia mnie jego mała wydajność, kupiłam go pod koniec stycznia a używałam w sumie jakieś półtora miesiąca ( zwykle płyny micelarne zalegają u mnie miesiącami ;)) jego następczynią jest różowa Bioderma i porównując oba płyny to ta druga jest o niebo skuteczniejsza. Aczkolwiek nie mówię, że ponownie nie kupię ( głównie ze względu na skład).

SKIN79 BB cleanser pianka do demakijażu, do zmywania kremów BB, bardzo bogata w olejki. Przyznam, że jak na 100 ml jest bardzo, bardzo wydajna i bardzo skuteczna, na pewno produkt godny polecenia. Rozpuszcza makijaż, nie wysusza skóry, dobry kosmetyk.

Ziaja liście zielonej oliwki woda tonizująca z wit C - już przeszedł mi zachwyt kosmetykami Ziaja ;) ten spray początkowo mnie zachwycił, potem zachwyt opadł, właściwie to nic on nie robił konkretnego, zwilżał i pachniał, zawiera wysoko w składzie glikol propylenowy, związek którego mam unikać ze względu na problemy z cerą, gdy tylko się zorientowałam, że jest go tak dużo starałam się jednak unikać okolic twarzy. To zdecydowanie jednorazowa przygoda.


John Frieda szampon sheer blonde - dość agresywny kosmetyk myjący, używałam go latem gdy włosy były wystawione na niesprzyjające warunki atmosferyczne, szampon wraz z odżywkami z tej serii niestety przyczynił się do ich degradacji, po wakacjach miałam prawdziwą, szorstką miotłę na głowie, kosmetykom John Frieda mówie NIE.

John Frieda odżywka sheer blonde color renew - używałam jednocześnie zestawu żółtego oraz odżywki z tej serii - ona naprawdę rozjaśnia włosy, miałam wrażenie, że działa trochę lepiej niż ta z linii hightlight, włosy po jej użyciu były bardziej miękkie. Aczkolwiek nie zamierzam powracać, myślę, że od tej pory będę omijać półki z tą marką z daleka. Używałam potem Kevina Murphiego, Living Proof i widzę ogromną różnicę między tymi kosmetykami, wręcz przepaść.

bioIQ conditioner all hair types - naturalna odzywka o dość bogatym składzie, jak się okazało nie do końca lubiła się z moimi włosami, prawda jest taka, że czy jej użyłam po myciu czy nie włosy były takie same. Aby jakoś wykorzystać ten produkt do końca mieszałam go z ulubionym olejkiem i wcierałam we włosy przed myciem, nie wiem czy dała jakiś efekt w każdym razie mam tu puste opakowanie. Dziwna sprawa z kosmetykami bioIQ - u mnie brak jakiegokolwiek działania więc w przyszłości raczej odpuszczę sobie tę markę.


Biotique bio bhringraj mieszanka olejów do włosów i jest to zdecydowanie mój ulubiony olej do włosów, w końcu widziałam jakieś efekty! Używany przed każdym myciem, czasem w parze z odzywką bioIQ potem mycie moim ulubionym restore Living Proof - efekt: po prostu piękne włosy.

Maska drożdżowa na porost włosów, niestety nie wiem co to za marka bo nie czytam cyrylicy ;) czy to Babuszka Aganifia??? bardzo bogata w odżywcze składniki i przyznam, że zużyłam ją do końca z przyjemnością, nie wiem czy spełnia obietnice producenta i włosy rosną po niej szybciej, nie w tym celu ją stosowałam, co jakiś czas nakładam na włosy fioletową maskę by ściągnąć z nich żółty pigment i wtedy na skórę głowy obficie nakładałam właśnie ten specyfik. Chciałam porządnie odżywić cebulki, nigdy maska mnie nie podrażniła, skóra nie swędziała, włosy były ładne i miękkie. Kupiłam już kolejne opakowanie.


Effaclar duo+ - kolejne opakowanie mam już w użyciu ale mówię na razie ( za radą kosmetyczki) stop, ponoć moja skóra ma dość kwasów, na razie odstawiłam, czasem wklepuję odrobinkę punktowo w wypryski.

Caviar Face Peeling Clarena - minaturka z boxa, całkiem dobry szorak lecz nie sięgnę po pełnowymiarowe opakowanie.

Clarins Extra Firming Night  - miniatura 15 ml miałam ze sobą podczas miesięcznego wyjazdu i przyznam, że sprawdził się znakomicie, moja skóra dostała od niego tego czego potrzebowała, małe opakowanie było tu sporym atutem, naprawdę porządny krem i ewentualny kandydat do zakupu w przyszłości.

Nuxe youth and radiance revealing care - serum wszystko robiące, całkiem niezłe, używane przeze mnie zimą jako krem na dzień, dobrze się wchłaniało, nawilżało, wygładzało, fajne opakowanie z higieniczną pompką.



 Trochę pustych flakonów po zapachach:

Ukochana Daisy Marca Jacobsa - to jest mój zapach nr 1 na wiosnę - lato, fantastyczny, kojarzący mi się z budzącą się do życia przyrodą, bielą i morzem. Nie pamiętam ile opakowań już zużyłam ale stale jest jakieś obecne w moich zbiorach.

Le Vie Est Belle Lancome - niby tak znany i oklepany ale mnie urzekł są prostotą i słodyczą, miękką kobiecością i chętnie jesienią zakupię kolejną flaszkę

Euphoria Cavina Kleina - kolejny zapach, który znają wszyscy, ja, jak widać też mu uległam, jest prosty, dzienny, kobiecy i bezpretensjonalny, no i w ciągłej promocji, to zapach po który sięgałam gdy nie byłam pewna czym chcę pachnieć, ten się idealnie do mnie dopasowywał, układał. Jest to również kolejna buteleczka, miałam ich już kilka, niewykluczone, że nabędę kolejne.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Nowości i odkrycia: Bath and Body Works oraz Pupa

Mąż mój był niedawno w Warszawie, dzwoni do mnie i mówi: jestem w Złotych Tarasach obok takiego kolorowego i pachnącego sklepu i mam z pół godziny do pociągu, kupić Ci coś?
Taaaaaak! Oczywiście, że TAK!

Chodziło oczywiście o stoisko Bath & Body Works, gdzie małżonek ( pewnie z pomocą sprzedawczyni) zakupił mi taki oto fantastyczny zestaw:


i jest to absolutny strzał w dyszkę jeżeli chodzi o moje preferencje, zapach Endless Weekend jest obłędny, pachnie słońcem, kwiatami, wakacjami i beztroskim leniuchowaniem. Kosmetyki B&BW nie są specjalnie naturalne, ich składy pozostawiają wiele do życzenia, są mocno perfumowane, na razie ( odpukać) nie uczuliły mnie ( choć balsam zawiera parafinę) ale mimo wszystko uwielbiam je i z radością używam upajaąc się tym słodkim, wesołym zapachem.


kolory od lewej: 043 ( malinowy), 020 (fuksja), 057 (morski), 074 ( fiolet)

Ostatnim moim odkryciem kosmetycznym są lakiery Lasting Color gel firmy PUPA, zadziwiły mnie swą doskonałą jakością, są bardzo trwałe, kryjące, łatwe w obsłudze i mają jeden wielki dodatkowy plus: znajdują się w małych buteleczkach, tylko 5 ml, ilość wystarczająca na używanie przez jeden sezon. Koszt jednego w promocji to ok 10 zł ( np. w Superpharm kup jeden drugi dostaniesz za grosz).

Myślę sobie od pewnego czasu, że naprawdę chciałabym aby niektóre kosmetyki sprzedawane były w mniejszych opakowaniach. Chodzi tu głównie o podkłady. Mam dość wymagającą cerę i lepiej jest dla niej jeżeli stosuję kosmetyk w miarę świeży, po mniej więcej połowie opakowania podkłady zaczynają zmieniać swoje właściwości i konsystencję, często na dnie buteleczki mamy do czynienia z zupełnie innym kosmetykiem niż po jej otwarciu. I skóra to niestety odczuwa, moja na pewno. Wolałabym aby podkłady znajdowały się w 20 ml opakowaniach. Podobnie jest z mascarami, nie jestem w stanie zużyć żadnej do końca po ok 2 miesiącach oczy zaczynają mnie piec i by im ulżyć zaczynam nowe opakowanie a w starym jest jeszcze masa produktu. Nie będę już raczej kupować lakierów w 15 ml opakowaniach jak np. OPI - żadego nie jestem w stanie skończyć a paznokcie maluję dość często. Cieszę się, że coraz częściej firmy wprowadzają mini produkty i chwała im za to ;)