piątek, 31 marca 2017

Zużycia marca 2017: Lavera, TBS, evree, Biały Jeleń, Uriage, Soap&Glory, puroBIO, Nacomi


Soap&Glory sugar crush body wash - aż pół lita niezwykle orzeźwiającego żelu pod prysznic, bardzo wydajnego, używaliśmy go rodzinnie dość długo. Miałam wrażenie kąpieli ze skórką cytrynową, jak była świeżo starta na tarce; to zapach, który stawia na nogi i energetyzuje, dobry dla każdego. Naprawdę uprzyjemniał codzienny prysznic, szkoda, że S&G nie ma w Polsce ( nieprawda: czasem pojawia się w TK Maxx).

ISANA delikatny olejek pod prysznic - przyznam, że spodziewałam się OLEJKU pod prysznic ale tak naprawdę jest to kremowy żel ( możliwie, że z jakimś dodatkiem olejku ale nie czuć tego w konsystencji), nie wiem po co to kupiłam :/ ale jak się już kupiło to trzeba zużyć do końca, jednak nie jestem jakoś szczególnie zachwycona.

Lavera ginko&bio-traube źel do mycia twarzy - bardzo eco i naturalny ale zmęczony do końca z pewną niechęcią związaną z brakiem przyjemnego zapachu i nijakim działaniem. Nie wracam na razie do Lavery.



 The Body Shop HEMP, krem do rąk - od razu powiem, że to jeden z najbardziej odżywczych kremów do rąk z jakimi miałam do czynienia ale jakżesz wkurzało mnie jego opakowanie!!! I zakrętka! Bywały chwile gdy chciałam go cisnąć ze złością do śmieci gdy mocowałam się z zamknięciem opakowania! Aluminiowa, twarda tuba nie jest jakoś szczególnie poręczna. Udał nam się dotrwać jednak do końca bo krem naprawdę działa, ładnie się wchłania mimo że jest bardzo gęsty.

evree INSTANT HELP krem ratunek dla rąk - przyznam, że spodziewałąm się gęstego, treściwego kremu a tutaj mamy dość delikatną konsystencję, dobrze się wchłaniał, nawilżał i odżywiał ale porównując go do poprzedniego wypada nieco gorzej bo efekt jaki daje jest krótszy.

Sylveco - pomadka z peelingiem. Moja ulubiona, zawsze mam ją pod ręką. Jest najwygodniejsza w użyciu bo sztyft jest odpowiednio twardy, nie topi się i nie łamie ( lepsza niż peelingi w słoiczkach), odpowiednio ścierająca bo zawiera drobinki o odpowiednich rozmiarach i stopniu ostrości a przy tym od razu odżywcza. I naturalna. I tania. I lubię ją.


 Ziaja liście zielonej oliwki - oliwka do mycia, mój najlepszy i niezawodny sposób na mycie pędzli i gąbek do makijażu. Oczywiście inne, podobne produkty ( jak np. olejek ISANA) również się do tego nadają ale Ziaja wyróżnia się wyjątkową wydajnością, kosmetyk jest mocno skoncentrowany, gęsty, nie rozlewa się i wystarcza na bardzo długo.
Biały Jeleń - płyn micelarny, hipoalergiczny, to jedyny bubel z dzisiejszego zestawu. Widzicie butelkę do połowy pełną, która wyląduje w koszu na śmieci. Nie mam dla niego zastosowania bo niczego mi nie zmywa, ani makijażu z twarzy czy oczu, ani ręki ani nogi, nic. Działa jak przemywanie wodą, trzeba się mocno natrzeć by otrzymać jako taki efekt. Bubel. Nie polecam.

INGRID - ideal nail care - odżywczy zmywacz do paznokci. Zmywacz śmierdziuch, w dodatku średnio sobie radził ze zmywaniem ciemnych lakierów więc mam nadzieję, że moja ręka ( w jakimś amoku) więcej po niego nie sięgnie ;)



Nacomi - mus do ciała, borówkowy, wygładzający. Kupiłam go ze względu na słowo "mus" w nazwie, które sugerowało coś lekkiego, szukałam czegoś na wiosnę i lato, czegoś o super lekkiej konsystencji, coś co by błyskawicznie wchłonęło się w skórę podczas upałów i zostawiło jednocześnie delikatny, przyjemny zapach. Niestety ale ów mus nie był ani lekki ani zwiewny, to gęste, tłuste mazidło oparte na maśle shea, o intensywnym zapachu ( po raz kolejny Nacomi przypomina kosmetyki Organique), rozprowadzone na skórze zamienia się w olej i naprawdę lepiej nie stosować go w porze letniej, może gdy ktoś ma ekstremalnie suchą skórę? Zużyłam je tej zimy - jedno co trzeba przyznać - jest bardzo, bardzo tłuste, przy kolejnym prysznicu czuć jeszcze tę warstwę czegoś do zmycia. Co kto lubi, ja nie i na pewno będę "musy" Nacomi omijać szerokim łukiem.

The Body Shop masło do ciała, kokos. Kiedyś pokazywałam podobne puste opakowanie, wyjątkowo lubię tę masełko używać zimą, jest gęste, oleiste, bogate a pachnie wspomnieniem lata. Moja skóra uznawała je za dość ciężkie więc używane było nie codziennie ( ale w ciężkości nic nie przebiło powyższego "musu").

Garnier mineral invisible - niemal starożytny antyperspirant w kulce skończyl swój żywot. Nie używam antyperspirantów na codzień, raczej w wyjątkowych okazjach, częściej sięgam na spraye ale kulka okazała się być dość skuteczna, opakowanie jest stosunkowo lekkie więc towarzyszyła mi podczas ostatnich podróży. Zakupiłam nawet jej następczynię, ten sam rodzaj, tylko opakowanie ma inny kolor.



Uriage eau thermale czyli najpopularniejsza woda termalna w internecie ;) kupiona pewnie na promocji w SP ( bo i gdzieżby indziej), używałam jej głównie do zwilżania masek z glinek, mam gdzieś kolejne opakowanie i zaraz je rozfoliuję. Przy okazji znalazła się moja zaginiona rzęsa ;) nie wiem jakim cudem ale tkwi przyczepiona do butelki ;)))

Nacomi wygładzający olejek do ciała, borówka. Nacomi ma szeroki asortyment naturalnych kosmetyków, są jednak dość mocno perfumowane ( czym przypominają mi kosmetyki Organique), czyli o prawie dobrych składach. Ale lepszy rydz niż nic, oliwka była przyjemna w stosowaniu, intensywnie pachniała co było dość przyjemne a sam kosmetyk był przyjazny ciału więc nie wykluczam kolejnego zakupu. No i cena, całkiem ok.

Kolorówka:


Beauty Blender - jego czas nadszedł, używam go już dość długo ale prawdziwym impulsem do pozbycia się go był fakt, że gąbeczka nie raczyła wyschnąć od jakiegoś czasu. Nie chcę nawet myśleć co się z tej wilgoci w niej wykluło. BB to jedno z ulubionych narzędzi do aplikacji podkładu, lekko wilgotny, kilka ruchów stemplujących i podkład ląduje na twarzy. Taka aplikacja na pewno przedłuża trwałość podkładu oraz sprawia, że później się nie warzy i wygląda bardziej naturalnie. Wady to oczywiście cena i większe zużycie podkładów. To fakt - zużywam teraz podkłady szybciej, największa oszczędność to aplikacja palcami ale efekt najsłabszy. Jak widać coś za coś. Gąbkę używałam przez ok 1 rok, na zmianę z drugą, nowszą, oraz gąbką Real Techniques. Na pewno kupię kolejną, poczekam tylko na dni VIP w Sephorze.

puroBIO GLORIOUS mascara pogrubiająca - u mnie się sprawdziła tj. nie podrażniła ale efekt dość naturalny, jeżeli ktoś taki lubi to polecam, tusz ma dobry, naturalny skład, niestety ale szybko wysechł, cena to ok 30 zł więc nie ma tragedii ale jest trudno dostępny.

Estee Lauder - miniatura zawierająca z jednej strony korektor Double Wear, z drugiej tusz do rzęs. Tuszu nie używałam bo zawiera parafinę a ta podrażnia mi oczy ale korektor był tak dobry, tak mnie zachwycił i zachęcił, że kupiłam pełnowymiarowe opakowanie.


Dwie pomadki warte uwagi, ta na górze to Chanel Rouge Coco Chintz - fantastyczna szminka o naturalnym odcieniu, świetna w noszeniu, komfortowa w aplikacji, na każdą okazję, używałam jej z przyjemnością od początku do końca ( to druga całkowicie zuzyta przeze mnie pomadka Chanel). Na dole to próbka odcienia pomadki MAC Peach Blossom, która, jak seria z której pochodzi, jest kremowa i gęsta, nude z nutą brzoskwini i odrobinką rózu. Obie na moich ustach dawały niemal identyczny efekt, po obie sięgałam z przyjemnością, choć muszę przyznać, że Chanel była bardziej komfortowa i będę je dobrze wspominać.

środa, 22 marca 2017

Back to MAC czyli co wymienię na pomadki

1. PREP+PRIME transparent finishing powder.  dwa opakowania - to biały puder utrwalający, wykańczający makijaż, jeden z moich ulubionych, dość szybko się kończy i cały czas się zastanawiam czy to jego wada czy zaleta ;) czyli wydajność niewielka ale za to swoje zadania kosmetyczne spełnia znakomicie i stale obecny jest u mnie w użyciu.

2. Blot Powder w odcieniu medium dark - puder o działaniu matującym, poza tym oczywiście utrwala i wykańcza, czym wg mnie różnie się od poprzednika? Właśnie trzymaniem matu ale nie jest to mat wieczny i absolutny. Kiedyś robiłam porównanie i okazało się, że po użyciu mat w strefie T utrzymuje się ok 1 godz. dłużej. Puder ten posiada również kolor - mój odcień to chłodny beż, który owszem stapia się z podkładem ale wolałabym aby miał więcej ciepłych tonów. Puder jest świetny ale podobnie jak prep+prime bardzo szybko się kończy ( przy codziennym używaniu ok 2 miesiące).


3. Studio Finish Concealer w odcieniach: NC20 i NC30 - pierwszy pojawił się u mnie ok 5 lat temu (to ten odcień ciemniejszy), taki dobrała mi macowa konsultantka - niestety błędnie bo korektor jest za ciemny, nie zużyłam go do końca, muszę być mocno opalona by osiągnąć ten stopień koloru a opalania raczej unikam, jestem bardziej w typie NC15-20. Drugi korektor zużyłam już do końca, był ok i tylko ok, na pewno nie kupię kolejnego opakowania. Dlaczego? Bo odkryłam inne lepsze ;) To jest korektor gęsty, kremowy, trzeba go wklepać opuszkiem, wymaga rozgrzania wtedy wtapia się w skórę, a ten sposób aplikacji mnie nie przekonuje. Jest za ciężki na stosowanie go pod oczy, sprawdzał się raczej na twarzy ładnie pokrywając blizny i wypryski ale... ścierał się w ciągu dnia wolę korektory zastygające bo u mnie ich trwałość jest większa.

4. PRO LONGWEAR CONCEALER w odcieniu NC20 - w odróżnieniu od poprzednich jest to właśnie korektor, który zastyga na skórze, jego konsystencja jest lżejsza, bardziej płynna, bardziej jak podkład. Sprawdzał się u mnie znakomicie, nie do końca pod oczami ale tuszował mi to co chciałam i dość długo trwał. Czemu go nie zakupię ponownie? Opakowanie. Ma bardzo denerwującą pompkę, która wypuszcza zbyt wiele produktu, nie sposób też zużyć go do końca, pompka się zapchała i finito.

5. STUDIO FIX FLUID SPF15 - długotrwały podkład, jak dla mnie dość ciężki, miał być alternatywą dla Double Wear ale raczej stanowił zupełnie inną jakość, na pewno nie był tak trwały, nie trzymał też tak matu, czasem się ważył, zużyty do końca ale bez zachwytów, chyba podkład nie dla mnie.

6. EARTHLY mineralize - cień, który skutecznie wyleczył mnie z kupowania limitowanych pojedynczych cieni - ten cień był fatalny, zestawienie kolorów takie sobie, gdy go kupowałam miałam inne wyobrażenie o wspaniałych makijażach, jakie mogę zrobić z jego pomocą, okazało się, że nieee... bury brąz wymieszany ze złotem nie podkreśla moich szarych źrenic wręcz rozmywa kontur oka - próbowałam jakoś dobrać się do ładnego złota więc cień pokruszyłam i spróbowałam go rozdzielić. Po pewnym czasie pokruszony cień uniósł się w powietrze brudząc wszystko dokoła i tak zakończył swój żywot.

7. Błyszczyk, nie wiem z jakiej serii bo wszelkie napisy się starły, kolor chyba orange tempera - bardzo ładny nude. Co mogę powiedzieć: nigdy więcej błyszczyków z MAC. Koniec kropka. Nie lubię sklejonych ust, na rynku mamy mnóstwo świetnych błyszczyków, które w ogóle się nie kleją i i cena ich jest bardziej przystępna. Błyszczykom MAC mówimy stanowcze nie!


8. Pomadki: VENUS (lustre) oraz PEACH BLOSSOM (cremesheen) - obie fajne i obie lubię. Venus to moja pierwsza pomadka z MAC i jest już naprawdę wiekowa, została jej odrobina ale już zmieniła zapach więc lepiej się jej pozbyć, uniwersalny kolor neutralnego różu, raczej podbijający kolor warg, przyjemna na ustach. Peach Blossom to ciepły nudziak, bardzo ją lubiłam aż wygrzebałam do ostatniej odrobinki i chyba kupie ją ponownie, jest bardzo uniwersalna.

9. PATENTPOLISH LIP PENCIL KITTENISH  - wysuwana kredka do usta w odcieniu brudnego różu, z fioletowymi tonami, kryje i zostawia na ustach lekki połysk, na początku lubiłam bardzo potem już mniej bo kredka zrobiła się tępawa i wyczuwalna po pomalowaniu.

Na 12 pustych opakowań otrzymałam dwie wybrane przez siebie pomadki. Postawiłam na uniwersalne kolory: Brave ( po lewej) i Fanfare ( po prawej):


Tak prezentują się na skórze ( literki pochodzą oczywiście od poszczególnych nazw):




poniedziałek, 6 marca 2017

Zużycia stycznia i lutego 2017: ISANA, Lavera, Joico, Nacomi, Alterna, Norel, Nivea, Skin Food, Essie

Do mycia:


Lavera duschgel wanilia i kokos - kosmetyk wegański o dobrym składzie, jednak mocno niewydajny bo jest w postaci rzadkiego żelu, mam zastrzeżenia też do zapachu, jest mało intensywny, raczej alkoholowy. Muszę zapamiętać aby więcej nie kupować.

ISANA olejek pod prysznic - u mnie wykorzystywany do czyszczenia pędzli i gąbeczek. Skuteczność znakomita, jednak w porównaniu do Ziaja zielonej oliwki, wydajność jest znikoma. Na szczęście olejek ten jest tani, kupiłam go za ok 5 zł ( Ziaja kosztuje kilkanaście zł jednak czasem doceniam ją ze względu na gęstość i skoncentrowanie).


JOICO K-PAK reconstruktor - część zestawu naprawczego, coś jak olaplex, używa się na mokre włosy i wyczesuje potem reszta pielęgnacji. Czy doby i skuteczny? Przyznam, że nie wiem, chyba olapex u mnie dał jednak lepsze rezultaty, tutaj czasami miałam wrażenie, że nie robi nic a czasem, że włosy są bardzo fajne.

JOICO K-PAK intense hydrator - odżywka do zestawu naprawczego ( mam jeszcze szampon i serum na końcówki w użyciu) całkiem przyjemna, intensywna, keratynowa odżywka, mogę polecić jednak jeżeli zapytacie czy warto kupić cały zestaw - nie mogę go jednoznacznie i szczerze polecić.


Nacomi Hair Mask with Keratin and Avocado Oil - bardzo fajna, niedroga, za naturalnym składem, jak dla mnie mocno obciążająca więc stosowałam ją przed myciem włosów ( olejowanie + ta maska, głowa owinięta folią i min 30 min). Polecam

Alterna bamboo shine conditioner - to ostatnia część z zestawów Alterny jakie ostatnio używałam ( miałam również szampon nabłyszczający oraz inne zestawy) - i mam pozytywne odczucia względem tej marki, myślę, że w przyszłości kupię do wypróbowania serię caviar.


NOREL krem do stóp z mocznikiem - przyzwoity, dość wydajny ale nie urzekł mnie niczym, chyba wolę kremy z mocznikiem innych marek, mam jeszcze drugi krem do stóp tej marki ale nie działa on u mnie zupełnie, nawet nie jestem pewna czy go zużyję do końca

Planeta organica organic cocoa krem do stóp - dla odmiany ten krem bardzo lubiłam, jest to krem leciutki, szybko się wchłania, nie natłuszcza więc jeżeli ktoś potrzebuje czegoś podobnego to polecam.

NIVEA invisible anti perspirant for black &white - ja antyperspirantów używam sporadycznie, tylko wtedy gdy NAPRAWDĘ potrzebuję ograniczyć pocenie się - ten spełnił swoją funkcję, używałam go niemal rok i możliwe, że kupię ponownie w przyszłości.

Materna Natura 100% pure floral water hydrolat różnay - jednoskładnikowy, naturalny, w buteleczce z atomizerem- jeden z moich ulubionych kosmetyków, kupuję go ciagle, używam i polecam. I warto sprawdzać składy tego typu kosmetyków, niech będą jak najprostsze, po co nam zbędna chemia?


GLAMGLOW youthmud tinglexfoliante treatment czyli czarna maska z rodziny Glamglow - przyznam, że to największy bubel i rozczarowanie z tego zestawu. Maska jest w postaci gęstego błotka, zawiera też kawałki "czegoś" co w czasie aplikacji odpada i brudzi wszystko dokoła. Sama maska delikatnie wygładza i .... yyy to wszystko żadnych spektakularnych efektów, maska za ponad 200 zł!!!!! Dla mnie to porażka roku, naprawdę efekt identyczny uzyskuję błotnymi maseczkami za 10-15 zł, nie warto wydawać takich pieniędzy i na pewno pozostałych masek z serii Glamglow nie kupię i nie polecam mimo świetnego marketingu i szerokiej reklamy bo wyskakują niemal z każdego filmiku na yt czy bloga.

Clinique dramatically different moisturizing cream - początkowo miałam o nim dobre zdanie jednak po pewnym czasie okazało się, że jednak nie do końca współgra z moją cerą i aby go zużyć go końca nakładałam go na szyję i dekolt. Oto puste opakowanie, nic się nie zmarnowało ;)

CLEAN shower fresh moisture rich body butter - nie znana mi wcześniej amerykańska marka - produkt dość przyjemny, faktycznie bogaty konsystencji w składzie ma wiele naturalnych ekstraktów, dobrze się rozprowadza i natychmiast wchłania.

Pat&Rub pielęgnacyjny balsam do ust - kolejny bubel, kosmetyk, którego nie lubiłam, mimo że działał przecież poprawnie, przecież miał dobry, naturalny skład... niestety ale konsystencja, postać produktu pozostawiała wiele do życzenia, była niczym sztyft - tak twarda, ale umieszczona w słoiczku. Ciężko było go zaaplikować. Nie kupię nigdy więcej, nie polecam! Są lepsze, wygodniejsze i tańsze.

Dwie naturalne pasty do zębów:


Medi Blanc whitening aloe vera - droga, naturalna wybielająca pasta do zębów, wybielania brak jednak nie można jej odmówić delikatności i skuteczności w czyszczeniu, nie kupię ponownie ze względu na cenę ( ponad 40zł).

Lavera toothpaste z miętą i jak właśnie zauważyłam z fluorem (!) - była przekonana, że jest bez fluoru, no cóż... na szczęście dość łagodna, niedroga i stosunkowo łatwo dostępna ale jak widać następnym razem muszę się dokładniej wczytać w informacje na opakowaniu ;)

Z kolorówki:


Skin Food peach Sake Silky Finish Powder - kiedyś był szał na forach na ten puder więc zakupiłam go przez eBay dobre parę lat temu i jak widać zużyłam do cna mimo jednoczesnego sięgania po inne pudry. Ceniłam go za to, że był jak puch, bardzo drobno zmielony, ładnie łączył się z cerą, utrwalał makijaż i matowił ( często lądował tylko na strefie T), jego wadą było to co wymieniałam jako zaletę - czasem powodował u mnie kaszel, wciskał się do ust, nosa i oczu.

Essie big spender - ciężko uwierzyć ale zużyłam już drugą buteleczkę tego lakieru, był moim ulubionym i najczęściej lądował na moich paznokciach.

sobota, 6 sierpnia 2016

Zużycia: Nacomi, Biotique, Kneipp, Lavera, June Jacobs, Soap&Glory, Garnier, Bioderma, Korres i in.

Witajcie po miesięcznej przerwie, przychodzę z zużyciami czerwca, wpisem, którego nie zdążyłam opublikować przed wyjazdem.

Trzy olejki:


Nacomi olejek do ciała odżywczy, malina, miał działać odżywiająco i ujędrniająco, jest to mieszanina olejków, niestety perfumowana, ale ogólnie działa dobrze - używana był do masażu ( przychodzi do mnie masażystka i podsuwam jej moje kosmetyki dzięki czemu mam i relaks i pielęgnacje w jednym), np. wieczornego i przyznam, że rano skóra była bardzo miękka i gładka. Fajna, plastikowa buteleczka, wygodny aplikator, przy który wydostaje się dokładnie taka ilość olejku jaką chcemy. Całkiem przyjazna cena i działanie sprawiły, że nabyłam kolejne opakowanie ale o innym zapachu.

Kneipp bio olejek do ciała - niestety ale na buteleczce nie wypisano składu :/ olejek jest dość fajny, również ładnie odżywia i wygładza podobnie jak Nacomi jednak ten zapakowany jest w szklaną buteleczkę z wąskim otworkiem, musimy mocno wstrząsać aby coś z niej wyleciało, dodatkowo nieporęczna zakrętka ( nieporęczna bo ciężko się nią posłużyć wytłuszczoną dłonią), cena chyba podobna ale wolę Nacomi.

Biotique - ajuwerdyjski olejek do włosów, właściwie mieszanina olejków, który uwielbiam i który u mnie naprawdę działa, gdy stosuję go regularnie moje włosy są miękkie, mocne i elastyczne. Bardzo polecam.

Do ciała:


Lavera body lotion rose garden - bardzo przyjazny kosmetyk, ładnie się wchłaniał, ładnie pachniał, wydajny, dobry skład, wygodna tubka, pewnie kiedyś wrócę, to kosmetyk który nie zawodzi ale też nie zachwyca.

June Jacobs spa collection cranberry body balm - tutaj skład nie był tak naturalny, choć marka chwali się, że nie dodaje parabenów, konserwantów itp. itd. i kosmetyk ten działał dobrze, rozprowadzał się przyjemnie na skórze, wchłaniał i nawilżał ale myślę, że owo działanie było nieadekwatne do jego wysokiej ( niepromocyjnej) ceny, nie zachwycił mnie niczym.

Sopa&Glory body scrub sugar crush, brązowy cukier ( także sól) , limetka, olejek migdałowy i macadamia - bardzo go lubiłam, nie jest to mocny zdzierak, raczej łagodniaczek ale ma tak intensywny i orzeźwiający zapach, jest tak wydajny, jego używanie jest tak przyjemne, uwielbiam Soap &Glory :)

Garnier mineral 5 protection - wersja fioletowa, bardzo zredukowałam używanie antyperspirantów na rzecz naturalnych dezodorantów, jest tak naprawdę niewiele sytuacji gdy potrzebuję takiej mega ochrony i nie-pocenia-się, jakieś ważne spotkania, długi dzień poza domem bez możliwości odświeżenia się w ciągu dnia - wtedy po niego sięgałam i sprawdzał się. Cały czas używam tego typu kosmetyków ale bardziej rozważnie niż kiedyś, częściej się zatrzymuje i zastanawiam czy ta chemia po którą dzisiaj sięgam jest mi naprawdę niezbędna? Coraz rzadziej odpowiedź brzmi zwykle nie.


Organique intense anti-ageing grape hand cream - krem dość typowy dla kosmetyków tej marki, zapach typowy i oczywisty, również konsystencja i działanie, owszem całkiem poprawne, zapach bardzo miły ale wolę kremy do rok Organique w buteleczkach z pompką - łatwiejsze w użyciu.

Evree maxrepaier regenerujące serum do stóp - z mocznikiem na drugim miejscu w składzie - fajny krem, naprawdę regeneruje, szybko się wchłania i również szybko wygładza szorstki naskórek, musiałam jednak po nim myć ręce ponieważ zostawiał nieprzyjemny, tępy film.


Bioderma Atoderm ultra nourishing shower cream - bardzo fajny, na pewno nie wysusza skóry, wręcz ją nawilża, średnio wydajny, tuba wygodna, kupiony w promocji w SP i przyznam, ze skusiłabym się na niego w kolejnej przy kolejnej tego typu okazji

Korres żel pod prysznic bazylia i limonka - przyjemny, dość delikatny i delikatnie pachnący żel, jednak ani jego skład ani działanie nie przemawiają za jego wysoką cenę ( tę buteleczkę kupiłam kiedyś w TK Maxx za kilkanaście zł ale w Sephorze każą sobie za nie płacić kilkadziesiąt - gruba przesada!)


Antipodes Hallelujah Lime & Patchouli Cleanser - wśród wszechstronnych zachwytów nad marką ja chyba się wyłamię - kosmetyki Antipodes nie zachwyciły mnie, przyznaję są dobre, naturalne ale u mnie cudów nie zdziałały. Prawdę mówiąc owo mleczko do demakijażu było moim ulubieńcem, łatwo i bezboleśnie usuwało makijaż, również oczu ale przyznać też trzeba, że owo działanie nie różniło się od innych, tańszych i równie naturalnych kosmetyków. Problem pojawił się, gdy produktu zostało o 1/5, pompka straciła wydajność i trzeba było żmudnie wytrząsać gęsty krem z szklanej butli.

Paula's Choice Clear ultra light daily mattifying fluid SPF30+ miniatura 15 ml - a ten kosmetyk mnie dla odmiany zachwycił. Każda posiadaczka cery tłustej marzy o dobrym filtrze, który jednocześnie nie zapycha, daje nawilżenie, daje długotrwałą ochronę, nie powoduje nadprodukcji sebum ( tylko raczej ją wycisza) - wszystko to znalazłam w tym fluidzie. Przetestowałam go w różnych sytuacjach - sprawdził się tak dobrze, że kupiłam pełnowymiarowe opakowanie. Polecam każdej posiadaczce podobnej do mojej cery, na stronie Paula's Choice można zamówić próbki, również miniatury i porządnie kosmetyk przetestować przed zakupem.

schmid'ts naturalny dezodorant lavender+sage - po raz kolejny pojawił się w moim kosmetycznym denku, fajny dezodorant, naturalny, w wersji mini, sprawdza się w podróży bo całość jest lekka i zajmuje mało miejsca, jednak ze względu na jego konsystencję, nie sprawdza się przekładanie produktu z większego opakowania.

Do włosów:


Biotique - bio watercress fresh nourishing conditioner - odżywka do włosów o konsystencji zielonej galaretki, ciężko ją rozprowadzić bo odpryskuje i kruszy się, dziwny kosmetyk, stosowany po umyciu włosów nie sprawdził się dlatego aby zużyć opakowanie dodawałam go do olejowania, krzywdy włosom nie zrobił ale czy jakoś pozytywnie na nie oddziaływał? Nie jestem pewna.

Biofficina Toscana balsamo concentrato attivo - bardzo fajna i wydajna odzywka do włosów, bardzo bogaty skład, super działanie - włosy po jej użyciu były miękkie i gładkie. Bardzo polubiłam i chętnie nabędę ponowne opakowanie.


Organix brazilian keratin smooth szamon i odżywka - miniatury po 88,7 ml - kupiłam na jeden z wyjazdów, przy okazji chciałam przetestować te kosmetyki bowiem wcześniej nie miałam do czynienia z marką. Powiem Wam, ze wg mnie to naprawdę nic specjalnego, myć mył, odżywiać odżywiał ale bez zachwytu, bez super efektów, wg mnie zbyt wysoka cena jak ta takie mierne działanie.

Perfumy:


DKNY Pure - to druga chyba buteleczka, a może nawet i trzecia? Jest to zapach bieli, czystości, kobiecego ciepła i łagodności. Nienachalny, dyskretny, codzienny, kojarzy mi się z praniem i bawełną i bardzo go lubię

Marc Jacobs Daisy eau so fresh - dla mnie to klasyk, jakoś nie polubiłam się z kolejnymi edycjami tego zapachu ale do pierwszej wersji wracam od kilku lat, uwielbiam kwiatową zakrętkę, choć jest bardzo niepraktyczna i zapach kojarzy mi się zawsze z latem, lekkością, świeżością, wakacyjnym spacerem. Przyznam, że w tym roku nie kupiłam kolejnej buteleczki tylko skończyłam ubiegłoroczną ponieważ urzekły mnie nowe, inne zapachy.

Calvin Klein Down Town - zapach dziwny, niejednoznaczny, co do którego mam bardzo mieszane odczucia, czasem uwielbiam czasem nienawidzę, czasem się upajam, czasem mnie dusi. Więcej nie kupię by uniknąć tego typu rozterek ;)

wtorek, 14 czerwca 2016

Minerały: Lily Lolo - moja kolekcja ( podkłady, korektory, puder, róże, pędzle) i moje o nich opinie.

Prawdziwą przygodę z minerałami zaczęłam właśnie od tej firmy - Lily Lolo i miało to miejsce nieco ponad rok temu.



Przybyło mi sporo produktów, z jednych jestem zadowolona, z innymi musiałam się zaprzyjaźnić, inne nie zdobyły mego serca.


Podkłady

Wybrałam puder Fawless silk na stronie dystrybutora i dołączyłam do niego darmowe próbki ( nie da się tam kupić samych próbek - jedynie dołączyć do zamówienia - teraz pojawiły się już mini produkty za 11 zł, wcześniej ich nie było) i zdecydowałam się na zakup podkładów, wybrałam odcień Popcorn oraz Warm Honey, oba są w tonacji ciepłej, Popcorn jest jaśniejszy, Warm Honey, do bardziej opalonej ciepłej karnacji, używałam podczas ubiegłorocznych wakacji.


Podkłady są dość mocno kryjące, co ciekawe, porównując je do innych, całkiem nieźle trzymają się twarzy podczas upałów. Lubię je bardzo, aplikuję je różnymi pędzlami np. Hakuro,
ale najlepiej spisuje się kabuki od Lily Lolo ( choć mam go od niedawna już skradł me serce).
Podkład jest grubiej zmielony niż np. Annabelle M, choć pyli się podobnie, po aplikacji toaletka pokryta jest pudrowym puszkiem.

Podkład mineralny najlepiej aplikuje się na suchą twarz, idealny jest krem na dzień, który wchłania się całkowicie. Aplikuję go albo wcierając albo ruchem posuwistym, czasem wklepuje gąbeczką na sucho.


Podkład utrwalam pudrem sypkim, trwałość u mnie to ok 4 godzin, potem zaczyna się warzyć w miejscach tłustych i muszę dokonać poprawek, zwykle wystarcza bibułka matująca i odrobina zwykłego pudru.
Nie wiem skąd opinie o niezwykłej wydajności tych produktów - u mnie kończą się błyskawicznie, może dlatego, że moja cera ma sporo do ukrycia i zwykle nakładam je w większej ilości? Przez rok zużyłam prawie dwa duże opakowania! I uwaga! Nie były to jedyne podkłady mineralne jakie stosowałam, szacuję, że jedno pudełeczko to maksymalnie 3 miesiące codziennego używania.

Najnowszym nabytkiem jest Warm Peach - jasny, żółtawy, nieco podobny do Popcornu ale jaśniejszy (Popcorn niestety mi się już skończył, widzicie puste opakowanie), ze smutkiem właśnie spostrzegłam, że i Warm Honey ma się ku końcowi, poproszę o kolejną promocję abym mogła je ponownie zakupić ;)
Warm Peach jest moim zamiennikiem odcienia Golden Fair od Annabelle Minerals.

Tu porównanie kolorów na ręce ale - nie sugerujcie się nimi przy wyborze, najlepiej zdobyć próbkę i zaaplikować na własną twarz.

Puder


Fawless silk to pierwszy kosmetyk Lily Lolo, z jakim się zetknęłam, kupiłam go by móc wypróbować podkład - taka dziwna polityka firmy, nie sprzedają osobno próbek tyko dołączają je do zamówienia. Kilka słów o próbkach - otrzymujemy odrobinkę proszku w woreczku strunowym, w przypadku podkładu ilość ta wystarcza na jedną aplikację więc do końca nie jesteśmy w stanie stwierdzić jak na dłuższą metę podkład będzie zachowywać się na twarzy.

Wracając do pudru - kupiłam go bo był bardzo w necie zachwalany, niestety pierwsze próby użycia to porażka na całej linii albowiem jest to puder rozświetlający, zawiera drobinki odbijające światło. Nie widziałam możliwości zastosowania go na mojej tłustej cerze. I puder poszedł w odstawkę aż do wiosny tego roku. Sięgnęłam po niego przez przypadek, niejako na próbę i pokochałam. Dziwne bo cera dalej się przetłuszcza ;) nic pod tym względem się nie zmieniło.
Czasem mieszam go z pudrem Ben Nye ( zwróćcie uwagę na kolor, nie jest tu puder biały, ani nawet beżowy, ma łososiową poświatę) i efekt mnie zadawala, makijaż jest utrwalony a twarz optycznie wygładzona, nakładam go ruchem stemplującym.
Od zapomnianego bubla do ulubieńca, tak wygląda kariera Fawless silk w mojej toaletce. Polecałabym go osobom posiadającym zmarszczki, ładnie optycznie wygładza i ujednolica, wygładza i ożywia.

Bronzer

South Beach - o nie nie nie głupoto potworna, która kazałaś mi kliknąć te pomarańczowe dziwadło bez uprzedniego wypróbowania.
Bubel kolorystyczny i porażka, nie można tego inaczej nazwać. Po pierwsze: robi mi na twarzy plamy, bardzo ciężko go delikatnie zaaplikować, za chiny nie chce współpracować z moimi pędzlami. Muszę dodać, że owe plamy są koloru pomarańczowego i odcinają się od twarzy. Wygląda to fatalnie a nie jestem bladą Ofelią, moja skóra ma wyraźne żółtawe tony a jednak nie lubi się z nim, co więcej, myślę, że również nie będzie odpowiedni dla większości z Was. Leży wiec zapomniane pudełeczko w czeluściach szuflad, nie bardzo wiem co z nim zrobić.


Niestety ale zdjęcie nie oddaje jego fatalnej kolorystyki, jeżeli macie na niego chrapkę - koniecznie wypróbujcie przed zakupem!

Korektory


Mam trzy odcienie: Nude ( to drugie opakowanie, pierwsze wystarczyło mi na rok) - neutralny, jasny beż, Peepo - żółty,  Caramel - faktycznie karmelowy beż.



Te odcienie mieszam w zależności od potrzeb, doskonale sprawdzają się u mnie na powiekach i w okolicach oczu, jak wszystkie proszki podkreślają zmarszczki mimiczne ale w odróżnieniu od innych korektorów ( np. Annabelle Minerals) nie wysuszają tych partii twarzy. Bardzo ważne dla mnie jest to, że nie podrażniają tych delikatnych okolic, jednocześnie wyrównują koloryt i kamuflują zasinienia. Często na korektor mineralny pod oczami nakładam dodatkowo korektor w płynie, i dla lepszego krycia ale i dla nawilżenia czy rozświetlenia. Nude jest najbardziej uniwersalnym odcieniem beżu, jest jednak dość jasny, ja potrzebuję odrobiny żółtego pigmentu więc dokupiłam Peepo, dosypuję go dosłownie odrobinkę do Nude i otrzymuje odcień dokładnie taki jaki w danej chwili potrzebuję. Caramel jest dość ciemny a ja raczej jasna, myślę, że gdy muśnie mnie słońce ( celowo oczywiście twarzy nie opalam) będę łączyć wszystkie, trzy odcienie, Caramel to faktycznie karmel, złoty beż, używam go czasem solo tylko na powieki ale pod oczy jest stanowczo za ciemny.

Róże


Mam dwa kolory, jeden to anioł, drugi diabeł:


OOh Lala uważam za bardzo trudny w aplikacji, wymaga czasu, dobrego pędzla i bardzo precyzyjnej ręki, skupienia - wybaczcie, kto ma na to czas? Naprawdę łatwo zrobić nim plamę, kolor też nie do końca mi odpowiada, przypomina mi policzki, które trawi gorączka. Kupiłam go razem z Fawless Silk ( jeszcze stare opakowania) i leży zapomniany. Chętnie bym się go pozbyła razem z pomarańczowym bronzerem, nie polecam zabieganym i początkującym.


Cherry Blossom to stosunkowo świeży nabytek - kupiony po dokładnej analizie zdjęć u innych blogerek i o dziwo, jestem całkiem zadowolona!, kolor całkiem przyjemny, różowa brzoskwinka, zawiera malutkie drobinki, i sięgam po niego coraz częściej, typowy letni, ożywiający cerę odcień. Aplikuje się bez zarzutu i w przeciwieństwie do Oh Lala nie robi plam i lubię efekt jaki daje na mojej twarzy

Podkłady i korektory Lily Lolo: bardzo lubię i często używam. Niekwestionowani ulubieńcy, kosmetyki, które mogę śmiało polecić. Z mineralnymi różami trzeba jednak uważać, nie wszystkie są łatwe w aplikacji.

Mascara:


Mascara, która ma rzeszę pozytywnych recenzji u mnie okazała się strasznym bublem. Jest gęsta, wyschnięta, jak się tym umalować? Kruszy się i poniewiera po całej twarzy. Powiedzcie mi czy to cecha tej mascary czy mój egzemplarz był felerny? Bardzo się na niej zawiodłam, patrząc na skład wydawało by się, że jest stworzona dla moich rzęs. Hmmm
Dodatkowo złości mnie fakt, że swędzą mnie oczy gdy mam ją na rzęsach...

Baza pod cienie:


Zawiera dwa odcienie, żółty i beżowy, jest bardzo tłusta, gęsta, musimy nakładać ją palcem, którego ciepło troszkę ją rozgrzewa i umożliwia aplikację. Niegdyś używałam jej często, potem odstawiłam ponieważ po jej nałożeniu swędzą mnie powieki. To naprawdę nic szczególnego, aplikacja jest bardzo niehigieniczna, produkt łapie włoski ( widać je na zdjęciu), które ciężko usunąć ponieważ wtapiają się w gęstą, woskową strukturę kosmetyku.

Niestety ale... mascara oraz baza pod cienie Lily Lolo nie nadają się do moich wrażliwych oczu.

Krem BB


Nie sądziłam,ze zakupię krem BB od Lily Lolo, czytałam recenzje - ważna informacja - krem nie kryje, nie przypomina azjatyckich kremo-podkładów. Czemu znalazł się zatem wśród moich kosmetyków?
Po prostu kupiłam próbkę ( zwykła ciekawość) i krem mnie oczarował. Owszem, nie kryje ale ładnie nawilża i wygładza a także zwiększa przyczepność suchego podkładu, zachowuje się jak baza pod podkład, mój odcień Light wpada w żółć, dopasowuje się do mojej karnacji, prawie go nie widać, optycznie wygładza jednak cerę.
Używam go od niedawna, może nie na co dzień ( w upały na przykład odpada), pewnie częściej będę go aplikować jesienią. Pozytywne rozczarowanie i całkiem przyjemny kosmetyk.

Pędzle

Mam dwa pędzle: kabuki i powder i jestem nimi oczarowana. Co rzuca się w oczy to staranność wykonania. Sztuczne włosie jest bardzo wiotkie, delikatne, długie. Dzięki czemu super kabuki nie zrobi nam plamy z proszku, nie jest w stanie! za to nakłada podkład szybko i sprawnie dzięki dużej powierzchni.


Pędzel do pudru ma długie włosie, które nabiera trudne a aplikacji pudry, pudry które mają tendencję do pylenia. Jest dość ciężki i masywny i raczej nie nadaje się do przewożenia.
Oba pędzle łatwo się czyszczą. Mam je od niedawna więc nie jestem w stanie potwierdzić ich jakości na dłuższą metę ale zrobiły na mnie bardzo ale to bardzo dobre wrażenie!

Oba zdjęcia pochodzą ze strony costasy.pl

Oba pędzle są fantastyczne!

Lily Lolo można kupić w wielu sklepach internetowych, jednak (niewielkie bo niewielkie) promocje zdarzają się jedynie na stronie polskiego dystrybutora. Do zamówienia można dołączyć próbki, spójrzcie mimo że wybrałam jedynie 3 ale sprzedawca obdarował mnie szczodrzej, z ciekawością sięgnę po nowe odcienie róży, zobaczymy czy Bondi Bronze jest równie fatalny co South Beach i jak matuje Flawless Matte.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Saryna Key: szampon i odżywka z serii Pure African Shea


Saryna Key to dość mało znana w Polsce marka kosmetyków do włosów, stacjonarnie kupicie się w Sephorze i on line w kilku sklepach. Marka szczyci się doborem naturalnych składników, ich produkty nie zawierają parabenów i siarczanów.

Ja wybrałam zestaw Pure African Shea: szampon i odżywka.
Co sądzę to tych kosmetykach? Mam mieszane odczucia...

 Pure African Shea Shampoo
Moi głównym zarzutem jest niestety fakt, że szampon nie myje dokładnie, ma trudności z olejem ale i z umyciem zwykłych, nawet nie stylizowanych włosów. Aby w końcu poczuć, że włosy są czyste musiałam je myć aż 3 razy!. Co oczywiście powoduje, że kosmetyk dosłownie idzie jak woda i sama czynność zajmuje o wiele więcej czasu. Pierwsze mycie - mam wrażenie, że szampon nie ma kontaktu z włosami, brudem, przy drugim zaczyna działać, trzecie - domywa. Choć miałam wrażenie czasami, że i te 3 mycia nie były wystarczające. Więc chyba zrozumiałe jest, ze nie jestem zadowolona z szampony Saryna Key. Kosztował niemało, co prawda ma dobry, delikatny skład, nie podrażnia, ładnie pachnie, w butelce z wygodną ( dużą!) pompką ale nie spełnia swojej podstawowej funkcji.

 Pure African Shea Conditioner
Odżywka również ładnie pachnie, ma wygodne opakowanie, dobrze rozprowadza się na włosach ale w moim przypadku trzeba ją trzymać na włosach naprawdę długo, min 10 minut ( najlepiej ok 20 minut). Próbowałam krócej, zresztą zgodnie z instrukcją na opakowaniu i.... nie widziałam żadnego efektu - zero, nic - otrzymałam jedynie sztywne, niezmiękczone włosostrąki. Używając tych produktów, musiałam zapomnieć o szybkim porannym myciu włosów, nie dość, że sama czynność mycia się przeciagała w nieskończoność, to wystąpiła konieczność odczekania tych 10 minut z z kosmetykiem na włosach

Jak wyglądały włosy po użyciu kompletu Saryna Key?
Zwykle bardzo ładnie, w oczy rzucała mi się gładkość, mam wrażenie że nabrały połysku, z rozczesywaniem było różnie - naprawdę byłam zadowolona z ich wyglądu ale niestety do czasu - miałam wrażenie, że kolejnego dnia zaczynają "łapać" nieświeży zapach. Nie zauważyłam niczego podobnego gdy stosowałam komplet od Living Proof ani Kevina Murphiego ( a swoją drogą - będąc niezadowolona z aktualnie używanych kosmetyków do włosów ponownie ponownie skusiłam się na zestaw Hydrate.Me od Kevina).

Podsumowując:
Używane przeze mnie kosmetyki Saryna Key okazały się być niewydajne i wymagające min. 20-30 minut mycia i aplikacji, mają świetne składy ale jak widać nie do końca odpowiadały moim włosom, które choć wyglądały pięknie, to jednak krótko, szybko stawały nie nieświeże i traciły wygląd.

piątek, 3 czerwca 2016

Zużycia: Alverde, Sylveco, TBS, Planeta Organica, Soap & Glory, Bioline, Clinique i inni.

Alverde masło do ciała vintage rose - dla suchej skóry i choć kosmetyk ten miał dość lekką konsystencję ( daleko mu co ciężkich i tłustych maseł) to dobrze nawilżał, zapach raczej nijaki, bez zachwtu.


The Body Shop - hemp hand protector - mimo bardzo gęstej formuły świetnie się wchłania, pięknie wygładza i odżywia skórę, bardzo dobry, byłam z niego bardzo zadowolona i chetnie kupie ponownie.

Krem do rąk Sylveco - przyzwoity, treściwy, nawilżający ale... nie wiem dlaczego ale go nie lubię i chyba nie kupię ponownie, ciężko mi określić moje odczucia, niby działał ale czegoś tu brakło.

Planeta Organica mango butter foot cream - za to ten krem lubiłam bardzo! Fajnie pachniał, o dość bogatej ale ładnie się wchłaniającej konsystencji. Używałam i do rąk i do stóp i byłam bardzo zadowolona, efekt lepszy niż Sylveco a i uzywanie przyjemniejsze.



Żel pod prysznic Sopa & Glory - clean girls - nie ukrywam, że jestem fanką tych przepięknie pachnących kosmetyków. Żel ten mył i nie podrażniał mnie mimo SLSów, ładnie i mocno pachniał, gdy miałam chęć na mały zapachowy odlot. Diabelnie wydajny, świetne, wygodne opakowanie z pompką.

Nature Moi balsam nawilżający pod prysznic - migdałowy, pachnący intensywnie migdałem co pewnie dla niektórych będzie przyjemnym doznaniem lecz niestety nie dal mnie, mnie drażnił i mdlił. ponadto o dziwo nieco mnie podrażnił ( zwykle kosmetyki naturalne tego nie czynią) i był bezwstydnie niewydajny więc nie zapałałam do niego miłością, wole puścić ten specyfik w mroki niepamięci.


BIOLINE - hydrolat z bławatka oraz neroli - fantastyczne hydrolaty! Skład to w 100% hydrolat z danego składnika bez dodatków, bez chemii. Zapakowane w smukłe szklane buteleczki z atomizerem ( sprzedawanie hydrolatu bez atomizera jak dla mnie to nieporozumienie), 75 ml ( starcza na ok 2 miesiące codziennego pryskania) to ok 27 zł, polska firma. Moi ulubieńcy, na pewno kupie ponownie ( w użyciu mam trzecią buteleczkę, z lawendą ). Bardzo polecam!

Korres quercerin & oak antiageing, antiwrinkle day cream - kolejny naturalny kosmetyk, który się u mnie nie sprawdził, polecany do normalnej lub mieszanej skóry - u mnie się nie wchłaniał, nawet na suchawych miejscach na policzkach. Zużyty do szyi i dekoltu jak większość niesprawdzających się na twarzy.


Clarins serum super lift pod oczy - o dziwno, jak moja skóra dobrze reaguje na Clarinsa to to serum było totalnym bublem, nie wchłaniał się, nie nawilżał, nic nie robił. Użyty do dekoltu i szyi.

Clinique smart custom-repair serum - 30 ml - lubiłam bardzo jako podkład pod makijaż, u mnie działał świetnie gdy gdzieś wychodziłam, zależało mi na trwałości makijażu, wg mnie to serum właśnie trwałość przedłużało, wchłania się zupełnie do suchości,, nawilża, napina, "przyczepia" podkład czy to sypki, mineralny czy fluid. Kupiłam kolejne opakowanie choć ostanio bardzo rzadko używam.

John masters organic - firming eye gel - już chyba dam sobie spokój z kosmetykami tej firmy, kolejny, który nie robi u mnie NIC a cena jest dość wysoka, nic a nic - nawet nie sprawdził się na szyi, żel się mazał ,nie wchłaniał na żadnej partii mego ciała - bubel i tyle.

Biotherm blue therapy eye - nie nie i jeszcze raz nie, przyznam, że co jakiś czas daję się skusić marce Biotherm bo sprzedają zestawy fajnych miniatur, dobrych na krótkie wyjazdy, ostatni zestaw okazał się niewypałem, dwa sera do bani, krem pod oczy do niczego i krem na noc który wcieram w piety. Dziękuję, muszę się w końcu uodpornić i więcej nie sięgać po te kosmetyki.

Living Nature olej z drzewa manuka - który wciąż przewija się na moim blogu, uzywam go jako środek na pryszcze, odstawiłam wszelkie maście od dermatologów, więcej szkód przyniosły niż pozytku, olejek manuka przynajmniej jest naturalny, poza tym ma wielorakie zastosowanie, ja np. smaruję nim miejsca po ukaszeniu owadów, dezynfekuje a ranka szybciej się goi.



La Roche Posay Effaclar MAT - dość dobrze nawilża i nie powoduje nadprodukcji sebum, dla tłustych skór, bywa, że przesusza. Dla mnie to przeszłość bo znalazłam swego dziennego świętego grala jeżeli chodzi o pielęgnację dzienną.

Avene - cicalfate  crem - polecany dla podrażnionej skóry i faktycznie łagodzi wszelkie stany podrażnienia, swędzenie, suche placki, używany u mnie właśnie w tym celu, kupiłam równolegle jego lżejszą wersję ( ta jest naprawdę treściwa) i też była ok, ale oddałam ją koleżance, która podobnie jak ja miała problemy z cerą.

Nuxe Creme Prodigieuse - na pewno ładnie pachnący i całkiem nieźle nawilżający. Miniaturka zużyta ale po pełnowymiarowe opakowanie nie sięgnę.

Biotherm Blue Therapy serum z olejkiem - owszem oleistą miał konsystencję, działanie do kitu, nie robił nic.

M.A.C studio moisture cream -to jest naprawdę dobry i wydajny nawilżacz ale raczej dla skóry normalnej, może nawet suchej, u mnie był zbyt ciężki ale doceniałam jego działanie w porze zimowej, 30 ml w sam raz by zużyć w dwa miesiące.

Podsumowując: Bioline - świetne hydrolaty ( i w ładnych butelkach!), Sopa &Glory urzeka mnie zapachem, polubiłam też krem Planeta Organica.